Przychodzi coach do coacha

Drodzy Coachowie! Dzięki za komentarze do wczorajszego posta na facebooku w grupie COACH COACHOWI COACHEM dotyczącego tego, czy coachowie korzystają z coachingu w roli coachee. Hipoteza pierwotna brzmiała, że raczej rzadko, ale Wasze odpowiedzi bardzo silnie się z nią nie zgadzają. Co ciekawe powstał wątek rozróżniający bycie coachee z własnej nieprzymuszonej woli, a bycie coachee bo proces certyfikacji/ szkolenia tego wymaga.

Postarałem się jakoś te dwa rodzaje odpowiedzi ogarnąć i dokonać ich kategoryzacji. Nie było to łatwe, bo niektórzy odpowiadali minami, albo jakimiś wycieczkami osobistymi. Inni nie odpowiadali wprost tylko np. „Co to za coach co nie korzysta z coachingu samemu?” wartościując tę sytuację, a nie odpowiadając na temat tego jak w istocie jest.

Tak czy owak z kontekstu starałem się te odpowiedzi przypisać do którejś z 3 kategorii/opcji.

I tak…

OPCJA A – 38 osób deklaruje, że korzysta z coachingu w roli coachee z własnej nieprzymuszonej woli

OPCJA B – 10 osób deklaruje, że korzysta lub korzystało z coachingu w roli coachee, bo tego wymaga proces szkolenia/ certyfikacji

OPCJA C – 0 osób deklaruje, że nie było w roli coachee

Oczywiście metodologicznie te wyniki nie są bardzo wiarygodne (bo był bardzo silny nacisk społeczny osób deklarujących OPCJĘ A i B, badanie było robione przez facebook itp…). Ale myślę, że można przyjąć, iż spora część coachów korzysta z coachingu będąc w roli coachee.

A całe to pytanie zadałem, ponieważ myślę ostatnio o tym, jak to właśnie jest być doświadczonym trenerem, coachem, psychologiem, terapeutą i jednocześnie samemu być, jak to ktoś określił „tworzywem”, czyli osobą szkoloną, coachowaną. Mi osobiście bardzo to przeszkadza. Często się szkolę i od jakichś 10 lat, zamiast się interesować tematyką szkolenia, bardziej mnie interesują metody, narzędzia, formy, które trener wykorzystuje i co z tego jest OK, a co OK nie jest. Zamiast skupiać się na meritum, zapisuję najlepsze wzorce. Przetwarzam te pomysły, kombinuję, co można było zrobić lepiej, jak to wykorzystać w mojej pracy jako trener, doradca, psycholog itp.

Pomyślałem, że podobnie może być w pracy coacha. Jeśli na coachingu zjadłeś/ zjadłaś zęby, to samemu będąc coachee bardzo trudno jest wyjść z tych butów i poddać się procesowi as it is.

Na szczęście grupa osób coachowanych jest bardzo silna, więc na pewno macie doświadczenia właśnie z tą sytuacją. 🙂

I znów mam do Was pytanie, a właściwie dwa

  1. Jakie ryzyka/ zagrożenia wiążą się z tą sytuacją, że jesteś w roli klienta jednocześnie mając duży bagaż wiedzy i umiejętności coachingowych?
  2. Jakie macie metody na przezwyciężenie tychże ryzyk i zagrożeń?

Z góry dzięki za odpowiedzi !!!

 

I have a dream. Szkoła bez ocen…

 

Jak pewnie część z Was wie, w moim życiu rodzinnym i zawodowym nastąpiły pewne zmiany. Tak pokrótce wyjaśniając, to wraz z moją cudowną rodziną (szanowną małżonką i trójką dzieciaków) wyprowadziliśmy się z Warszawy, aby zamieszkać w górach. Dokładnie w Brennej w Beskidzie Śląskim. Zmiany w sferze geograficznej pociągnęły za sobą zmiany w życiu zawodowym. Oprócz robienia tego, co robiłem wcześniej, czyli doradztwa, szkoleń, coachingu, badań, doszło mi kilka nowych aktywności. I ten post wiąże się z jedną z nich. A tą nową aktywnością jest… praca w szkole. Tak, tak… W normalnej, publicznej szkole podstawowej i gimnazjum jako psycholog.

I na razie jestem tą pracą zachwycony! Od 10 lat praca z dziećmi była dla mnie jedynie dodatkiem do głównych mych zajęć, czyli pracy z dorosłymi oraz pracy z biznesem. Teraz natomiast jest jej znacznie więcej, co stanowi dla mnie duże wyzwanie. A wyzwania są po prostu super!

 

Tyle tytułem wstępu – a teraz do meritum.

 

DLACZEGO NALEŻY ZREZYGNOWAĆ ZE STAWIANIA STOPNI W SZKOLE

W szkole pracuję dwa dni w tygodniu. Staram się jeździć do niej rowerem, gdyż znajduje się ona w miejscowości odległej o 15 km od mojego miejsca zamieszkania. Jazda rowerem sprzyja przemyśleniom i refleksji. I tak też się ze mną dzieje. A ostatnia refleksja, która mocno mi do głowy weszła i nie może wyjść, dotyczy właśnie życia szkolnego i jest związana z ocenianiem.

Nawiasem mówiąc, sądzę, że jestem w ocenianiu niezły. Psychometria to jedna z fajniejszych działek psychologii. Lubię mierzyć różne zjawiska i poddawać je ocenom liczbowym. W szkole natomiast oceny (nazywajmy je od tej pory stopniami) są wszechobecne. Czy zatem trafiłem na właściwy grunt?

Otóż nie.

Po pierwsze psycholog szkolny nie stawia żadnych stopni 🙂

A po drugie i ważniejsze. Uważam stawianie stopni szkolnych za rzecz niepotrzebną, jeśli nie szkodliwą.

Dlaczego?

Dlatego że…

1. Są niesprawiedliwe.

Stawianie stopni szkolnych jest swego rodzaju pomiarem. Pomiarem wiedzy ucznia, jego postępów, zaangażowania, czy jeszcze czegoś innego w zależności od przedmiotu. A każdy pomiar (czyli przypisanie wartości liczbowej nasileniu jakiegoś zjawiska) powinien charakteryzować się pewnymi właściwościami, aby był skuteczny. Te właściwości to standaryzacja, obiektywność, rzetelność i trafność.

Na polski tłumacząc standaryzacja to zapewnienie wszystkim uczniom takich samych warunków, w których pomiar jest przeprowadzany. Tak się dzieje np. na maturze. Wszyscy mają ten sam test, z tą samą instrukcją. Piszą maturę o tej samej porze wszyscy uczniowie z danego przedmiotu. Ale tak normalnie, to w szkole tak się nie dzieje. Każdy nauczyciel tworzy swój własny test i daje go klasie do zrobienia. Jeden nauczyciel robi test łatwy, drugi nauczyciel tworzy test trudny. Trzeci pyta ustnie, a czwarty każe przygotować referat. Ze standaryzacją oceny nie ma w tym przypadku mowy.

Obiektywność to podobna sprawa. Chodzi w niej o to, że kryteria oceny są konkretne i zawsze stosowane tak samo. Tam gdzie uczeń pisze test wyboru, to jest to zasadniczo zachowane. Jak masz 30 punktów to dostajesz dajmy na to piątkę i każdy kto dostanie 30 punktów, dostaje bez wyjątku piątkę. Ale co z ocenami wypowiedzi ustnych? A ocenami wypracowań? Ocenami przewrotu w przód? Tu nawet jakby nauczyciel chciał być obiektywny i stworzył konkretne kryteria oceny, to nie jest w stanie ich zastosować bez uszczerbku dla całości procesu. Ot, przywoływana matura, która płaci za obiektywizację, oderwaniem od rzeczywistości w postaci konkretnych skryptów dla osób oceniających. W tych skryptach jest instrukcja zalecająca punktowanie jednej konkretnej odpowiedzi. Tylko tej ze skryptu.

Co dalej mamy? Rzetelność. Czyli wiedza o dokładności błędu, który zawsze popełniamy dokonując pomiaru. Innymi słowy – czy czwórka, naprawdę powinna być czwórką a nie piątką. Albo trójką plus. W sytuacji szkolnej niemożliwa do uchwycenia, bo trzeba, zanim zrobimy klasówkę dla VI „be” przeprowadzić próby walidacyjne tej naszej klasówki. Próba walidacyjna to sprawdzenie testu na dużej grupie reprezentatywnych osób. Absurd, no nie?

Trafność to pewność, że nasz test, zadania, pytanie zadane uczniowi faktycznie mierzy to, co ma mierzyć. Np. że jak sprawdzamy wypracowania uczniów z historii, to mierzymy stricte ich wiedzę historyczną, a nie czy ciekawie i barwnie piszą. Znów jest to arcytrudne do zachowania w rzeczywistości szkolnej. Nawet się pokuszę o stwierdzenie, że nikt w ten sposób nie myśli.

Zatem jeśli mierzymy np. wiedzę uczniów i nasza klasówka nie charakteryzuje się standaryzacją, obiektywnością, rzetelnością i trafnością, to mniej lub bardziej jest niesprawiedliwa. Uczniowie nie mają równych szans, aby pokazać swoje umiejętności lub zabłysnąć wiedzą. Stopnie są stawiane raczej na podstawie subiektywnej opinii nauczycieli. I nie ma jak tego skontrolować… To zwyczajnie jest niesprawiedliwe.

2. Zachęcają do oszukiwania

W wielu krajach „ściąganie” jest potępiane i traktowane jako grube naruszenie norm moralnych czy społecznych. U nas w Polsce tak nie jest. Ściąganie jest synonimem sprytu i przebiegłości. Ale tak czy owak, nawet jak traktujemy je jako coś nieszkodliwego, to trzeba przyznać, że zaburza ono pomiar (patrz pkt. 1). Czyli de facto oceniamy ucznia przebiegłość, wyrachowanie, spryt, czy grubo rzecz ujmując biegłość w oszukiwaniu.

I warto pomyśleć, co zrobić aby to zjawisko wyeliminować z naszego życia szkolnego, czy studenckiego. Można oczywiście zachęcać, aby tak nie robić. Można skarżyć na tych, co ściągają. Można ich nawet karać. Ale czy w przeciągu najbliższych lat, tymi działaniami wyeliminujemy ściąganie? Sądzę, że wątpię.

Mam natomiast lepszy pomysł. Tam gdzie nie będą stawiane stopnie, nie będzie też ściągania. Bo i po co ktoś miałby ściągać, jak złe odpowiedzi nie będą miały negatywnych konsekwencji. Proste? Proste.

3. Są nieskuteczne jako system motywacyjny

Oceny są pomyślane jako system motywacyjny dla uczniów. Założeniem systemu jest, że uczniowie chcą uzyskiwać jak najlepsze oceny i drogą do tego celu jest zdobywanie wiedzy. I jest to prawda. Uczniowie chcą mieć raczej lepsze niż gorsze oceny. Żeby je mieć, muszą się uczyć. Tylko że cały ten ciąg przyczynowo-skutkowy (uczę się, aby mieć lepsze stopnie) prowadzi do zniechęcenia i znielubienia samego procesu nauki przez uczniów. Motywacja kija (jedynki) i marchewki (piątki) prowadzi do instrumentalnego traktowania przyswajania wiedzy przez uczniów wedle starej zasady trzech Z ( „zakuć, zdać i zapomnieć”). Motywowanie zewnętrzne jest jednym z najgorszych pomysłów na motywowanie i kiedyś na pewno o tym więcej napiszę. Dzięki stopniom w szkole, cała masa ludzi nie cierpi matematyki, biologii, polskiego, chemii, angielskiego i innych całkiem fajnych i sensownych dziedzin wiedzy. Tylko dlatego, że musieli się ich uczyć, a nie robili tego dobrowolnie!

 4. Zajmują cenny czas

Wedle opinii ekspertów (np. tutaj) proces stawiania stopni w szkole może zajmować około 1/3 czasu lekcji. To strasznie, strasznie dużo. Jakby nie trzeba było stawiać stopni, zyskalibyśmy możliwość wykorzystania tych dodatkowych godzin na znacznie sensowniejsze i pożyteczniejsze aktywności. Wycieczki, robienie projektów, dyskusje, panele, więcej lekcji WF czy też np. wydłużenie przerw między zajęciami 🙂

5. Zachęcają do rywalizacji

Współpraca i zaufanie społeczne są w Polsce na stosunkowo niskim poziomie jak na umiarkowanie zamożny europejski kraj. Wzmocnienie tych obszarów pozwoliłoby nam na jeszcze lepsze wykorzystanie zasobów, jeszcze lepszy rozwój gospodarki, większe bogactwo i znacznie lepszą jakość życia społecznego. Jednak wśród wielu barier, jakie widzę na drodze rozwoju współpracy jest niestety szkolne stawianie stopni. Często dzieci rywalizują ze sobą na otrzymane oceny, wyśmiewają tych, co stopnie mają słabe. Rodzice też wspierają te zachowania – oczekują, aby ich pociechy miały same piątki lub szóstki. I stopnie najczęściej się stawia za indywidualne osiągnięcia ucznia. Sporadycznie jest tak, że grupa jako całość dostaje dany stopnień za wspólne zrobienie czegoś. W ten sposób od małego szykujemy dzieciaki do wyścigu szczurów. Promujemy rywalizację a nie współpracę. Myślę, że to wielki błąd i strata dla naszej efektywności.

6. Nadmiernie stresują

Wyzwalanie negatywnych emocji jest w samą sytuację bycia ocenianym wpisane. A jeśli ocena dodatkowo odbywa się na forum, tak, że wszyscy w klasie widzą i słyszą co się dzieje, to już w ogóle pozamiatane. Sporo dzieciaków źle reaguje na stawianie stopni. Często stres towarzyszący sprawdzianom jest tak duży, że paraliżuje ucznia i nie jest on w stanie efektywnie odpowiadać na pytania, choć w sytuacji zwykłej, tam gdzie stresu nie ma, albo jest umiarkowany, dość dobrze sobie z tymi pytaniami radzi. I nie jest tak, że jak często mamy do czynienia ze stresorami, to się na nie uodparniamy. Tak to nie działa. Najczęściej jeszcze silniej na nie reagujemy, więc argument o tym, że trzeba dzieci porządnie stresować, żeby się przyzwyczajały, jest nietrafny.

7. Nijak się mają do przyszłego życia zawodowego

Stopnie szkolne i przyszłe życie zawodowe uczniów mają się do siebie jak palma i pingwiny. W życiu zawodowym nie otrzymujemy stopni jako takich. Jeśli już otrzymujemy ocenę liczbową, to najczęściej w sprzedaży, gdzie co miesiąc lub kwartał sprzedawcy są oceniani na podstawie tego, ile konkretnie zysku dla firmy wypracowali. Niemal we wszystkich zawodach ocena odbywa się inaczej. Najczęściej jest to po prostu ocena jakościowa – opinia klienta, szefa lub kogoś innego. Często jest też ocena stopnia realizacji celów. Polega ona na tym, że jesteśmy oceniani, czy cel już osiągnęliśmy, czy jesteśmy dopiero w połowie, a może w ¼ drogi do niego prowadzącej. Z rzadka lub w ogóle się stawia stopnie! Zatem jeśli stopnie szkolne mają nas przygotować do przyszłego życia zawodowego, to ja tu nie widzę żadnego związku.

 

OCENA JAKOŚCIOWA W ZAMIAN

Hipotetycznie zastanawiam się, co by się stało, gdyby od jutra usunąć stawianie stopni w szkole. Myślę, że w sumie chyba nic strasznego, oprócz tego, że wyeliminujemy kilka negatywnych zjawisk i będziemy mieli więcej czasu na rzeczy ważne.

Ale nie jest też tak, że egzaminy, klasówki, sprawdzanie wiedzy i umiejętności uczniów są niepotrzebne. Wręcz przeciwnie – uczeń, student, czy pracownik chce wiedzieć jak wypadł. Oczekuje oceny od nauczyciela czy szefa. I taką ocenę trzeba zapewniać, aby wiedział co zrobił dobrze, a co jest jego obszarem do rozwoju. I tak też bym widział stopnie szkolne. Niektórzy mówią na to ocena kształtująca, mi się natomiast podoba termin ocena jakościowa.

Czyli róbmy dalej klasówki. Ale nie stawiajmy stopni. Informujmy natomiast w sposób opisowy, jakościowy, co uczeń na klasówce zrobił dobrze, a co nie. Gdzie udzielił prawidłowych odpowiedzi, a gdzie nieprawidłowych. Co się nauczycielowi podobało w jego wypowiedzi, a co się nie podobało. Co by nauczyciel rekomendował uczniowi, do czego ucznia zachęcał.

Może to się wiązać ze zmianą systemu nauczania (mniej wykuwania na pamięć, więcej myślenia), ale teoretycznie nie musi. Te dwie rzeczy można zmieniać stopniowo. Ja bym najpierw zaczął od likwidacji stopni, a potem można zmieniać system nauczania. Wydaje mi się usunięcie stawiania stopni za coś co może już od jutra zacząć obowiązywać.

Czy to się da zrobić? Pewnie tak. No może nie od jutra, ale jestem przekonany, że edukacja będzie w tym kierunku zmierzała. Sądzę, że to nieuniknione. Tylko nie wiem, czy stanie się tak za 5, 10 czy 50 lat. Pewnie moje dzieci będą otrzymywać w szkole stopnie. Ale może wnuki już nie?

Co o tym myślicie?