Co ważniejsze? Polski czy matematyka?

 

Będąc w liceum miałem kolegę, który na poważnie traktował pytanie zawarte w tytule. Jako że reprezentował klasę matematyczno-fizyczną, uważał, że matematyka jest najważniejsza a przedmioty humanistyczne są po nic. Jego wywody potwierdzające tę tezę zawsze wzbudzały naszą powszechną wesołość, ponieważ naprawdę on tak uważał i był śmiertelnie obrażony, gdy ktoś się z nim nie zgadzał. Ponadto będąc uczniami intuicyjnie czuliśmy, że zarówno polski, jak i matematyka są na nic, więc w starciu tych dwóch przedmiotów raczej widzieliśmy wynik remisowy. Zero do zera (0:0).

 

Zasadniczo czasem nawet w gazetach albo dysputach akademickich pojawiają się rozważania, co jest istotniejsze. Nauki ścisłe czy humanistyczne? Ostatnio pewną przewagę zdobywają nauki ścisłe, ponieważ świat coraz bardziej się opiera na nowych technologiach. Ponadto, na przykład w Polsce jest niedobór ludzi z wykształceniem ścisłym, a trochę za dużo humanistów. Humaniści ostro walczą o swoje – łatwo się nie poddają. Tu na przykład ciekawa argumentacja humanisty – //mitologiawspolczesna.pl/humanista-inzynier-od-ludzi-pomoze-ci-zaprojektowac-lepsza-aplikacje-firme-budynek/

 

Ale o czym to ja miałem…Aha…

 

WAŻNE TO CO NA EGZAMINIE

Jak już niejednokrotnie wspominałem na tym blogu, od początku tego roku pełnię półetatową funkcję psychologa w pewnej szkole. I jak się okazuje kwestia ważności danych przedmiotów nabiera w pracy psychologa sprawy strategicznej.

Otóż, w zeszłym półroczu, aby móc pracować z uczniami indywidualnie, czasami zabierałem ich z jakiejś lekcji. Piszę to szeptem, gdyż okazało się to niezgodne z przepisami oświatowymi. Nikomu nie mówcie, że tak robiłem, bo za takie działanie mógłbym zostać z pracy zwolniony dyscyplinarnie. W każdym razie jednak, to niezgodne z przepisami postępowanie implikowało konieczność podjęcia ważnych decyzji – z których lekcji można ucznia zabrać do gabinetu psychologa, a z których zabierać nie można. I tak generalnie, po długich rozmowach z kadrą nauczycielską, okazywało się, że lepiej zabierać np. z wychowania fizycznego bądź plastyki, ewentualnie religii. A już z polskiego czy matematyki lepiej nie zabierać. Ergo – polski czy matematyka były ważniejsze niż przedmioty takie jak WF, czy inna muzyka.

Myślę, że pora na pierwszą refleksję tego wpisu. Wstępną. Czy polski i matematyka są w istocie ważniejszymi przedmiotami niż na przykład szydełkowanie? Osobiście uważam, że nie. Wybór polskiego i matematyki (i języka obcego też) jako tych kluczowych został spowodowany jedynie tym, że te akurat przedmioty są na egzaminach. Jest oczywiście lekkie rozróżnienie, bo zanikający egzamin gimnazjalny dodawał jeszcze do polskiego historię, a do matematyki przedmioty przyrodnicze. Ale chodzi mi o to, że rozumowanie pedagogów jest takie, że jak coś jest na egzaminie po podstawówce lub po gimnazjum, to jest ważniejsze, niż to co na tym egzaminie się nie znalazło. I jest to racjonalny z pewnego punktu widzenia argument. Pytanie się nasuwa inne – czy słusznie na egzaminie mamy polski, a nie na przykład szydełkowanie?

 

ZAKAZ ZABIERANIA UCZNIÓW Z LEKCJI

Teraz wrócę do obecnej mojej sytuacji zawodowej i rozpoczęcia roku szkolnego. Jak się okazało, nauczyciele specjaliści, czyli psychologowie szkolni, pedagodzy, logopedzi itp. w myśl przepisów oświatowych nie mogą zabierać uczniów z żadnych lekcji. Zatem problem, czy zabierać ucznia z historii, pływania czy z przyrody przestaje mieć znaczenie. Dylemat pojawia się innego typu. Przy czym jest to dylemat pozorny, gdyż rozwiązanie go jest w przepisach. Dylemat dotyczy tego, co jest ważniejsze – lekcja przedmiotowa czy zajęcia z nauczycielem specjalistą. Dylemat jak pisałem jest pozorny, gdyż decydenci ustalili, że lekcja przedmiotowa (jakakolwiek) jest ważniejsza niż zajęcia indywidualne. Psychologiczne, pedagogiczne, logopedyczne…

Jeśli chodzi o organizację zajęć, to problem jest duży, bo nauczyciel specjalista może z uczniem prowadzić zajęcia przed lekcjami lub po lekcjach. Skutkuje to tym, że z uczniem można prowadzić zajęcia o takich egzotycznych porach jak na przykład godzina 6.30 rano, albo 17.00 popołudniu. Uczniowie i rodzice, co nie dziwne, o takich porach nie bardzo chcą się spotykać, więc tworzy się fikcja, bo pomoc psychologiczna w szkole jest dostępna, ale nie wtedy, kiedy szkoła działa. Trochę mi to przypomina sytuację z mojej ukochanej książki „Paragraf 22”, gdzie z Majorem Majorem można się było umawiać na spotkania wtedy, kiedy go akurat nie było. A kiedy był, to zarządził, aby z nikim go nie umawiać.

Ale sprawy organizacyjne są jedynie odpryskiem decyzji o tym, że zajęcia psychologiczne (na nich się skupię) są mniej ważne niż lekcje dydaktyczne. I tu mi się nasuwa pytanie, czy to jest dobra decyzja czy zła.

 

CO WAŻNIEJSZE – LEKCJA ŻYCIA CZY LEKCJA O MITOCHONDRIACH?

Pewnie domyślacie się, czytając moje poprzednie wpisy, albo patrząc na to, że jestem psychologiem w szkole, iż moja odpowiedź brzmi, że jest to decyzja zła. Nie ze względów organizacyjnych, które opisałem powyżej. Uważam tą decyzję za złą ze względów merytorycznych. Postawię nawet hipotezę, że indywidualne zajęcia psychologiczne są w niektórych, wcale niemałych, przypadkach ważniejsze od lekcji przedmiotowych.

Pisałem już na blogu o tym, co jest wymagane przez pracodawców od swoich podwładnych (tutaj). I w dużej części są to kompetencje miękkie. Nie żadna wiedza o tym, co się zdarzyło pod Racławicami 200 lat temu, ani wiedza o tym, co to jest przydawka, ani wiedza o tym, co to jest styczna do okręgu.

OK. To są dość ważne rzeczy z punktu widzenia, nazwijmy to bycia człowiekiem wykształconym. To są też dla mnie bardzo ciekawe kwestie – naprawdę interesujące. Ale nie kluczowe dla przyszłości ucznia!

Dla przyszłości ucznia, znów się powtórzę, ważne będą następujące rzeczy:

  • W jaki sposób będzie on budował relacje z innymi.
  • W jaki sposób będzie współpracował w grupie.
  • Jak będzie się motywował do działania.

To są rzeczy kluczowe, których rozwijania na lekcjach dydaktycznych często brakuje. Głównie z powodu nacisku na realizację podstawy programowej, która jest właśnie „Paragrafem 22” współczesnej edukacji. Nauczyciele muszą ją realizować i się jej trzymać, choć jest to kompletnie bez sensu…

 

A CO Z INDYWIDUALIZACJĄ NAUCZANIA?

Dodatkowo, istnieje pewien imperatyw pedagogiczny nazywany indywidualizacją procesu nauczania. Chodzi o to, że każdy uczeń powinien od nauczyciela otrzymywać zadania i wsparcie adekwatne do jego poziomu. Wszyscy o tym mówią, ale patrząc na szkołę od środka i rozmawiając z uczniami oraz nauczycielami z różnych placówek, według mnie jest to pusty slogan. Nie da się go w żaden sposób na lekcjach dydaktycznych osiągnąć. I to nie z winy nauczycieli.

Najczęściej polega to na tym, że nauczyciel prowadząc lekcję dostosowuje poziom tej lekcji do średniego poziomu całej klasy. Jest to działanie logiczne i sensowne, gdyż wtedy użyteczność lekcji będzie dla jak największej liczby uczniów największa (a więc nauczyciel działa w myśl utylitaryzmu). Gdyby treść nauczania ów nauczyciel stosował do uczniów zdolniejszych w danym przedmiocie, lub tylko do uczniów, którzy z danym przedmiotem mają trudności, większość klasy albo nic by z tego nie rozumiała, albo się sakramencko nudziła. Zatem wybór jest taki, że większość klasy czerpie korzyść z lekcji. Ale niestety, kilku najlepszych się nudzi, bo to dla nich za łatwe. A kilku najgorszych nic z lekcji nie rozumie, więc też się nudzi, dodatkowo się frustrując, że nic z tego nie rozumieją.

Jedynym remedium na to są zajęcia indywidualne, prowadzone właśnie chociażby przez psychologa lub pedagoga. Z tymi „zdolnymi” można wówczas „iść dalej”, a z tymi, którzy mają kłopoty, starać się podciągać ich umiejętności i samoocenę. Dla obu tych grup, normalne lekcje nic, albo prawie nic nie wnoszą. Zatem warto ich wtedy zwolnić i pozwolić pracować indywidualnie, albo w małych grupach, z nauczycielami specjalistami.

No nic… Zobaczymy jak się sytuacja będzie rozwijać. Może jakiś nacisk na ministerstwo spowoduje, że przepisy staną się bardziej elastyczne. Może każda szkoła indywidualnie podejdzie do zagadnienia i w tajemnicy (trochę tak jak tajne komplety) pozwoli psychologom na pracę z uczniami, dla których lekcje dydaktyczne są mniej wartościowe. Może każdy psycholog na własną rękę  musi sobie wypracować jakiś system pracy pozwalający mu odnaleźć się w tej sytuacji i coś czynić, a nie siedzieć z założonymi rękami.

Co o tym sądzicie? Ciekawy jestem głosów polemicznych.