Dlaczego uczniowie nie lubią szkoły?

 

Podstawówkę skończyłem w mieście średniej wielkości, gdzie wybór liceum nie był zbyt duży. W zasadzie były dwa licea, które jako tako zapewniały przygotowanie do studiów. Po pewnych wahaniach wybrałem jedno z nich, ponieważ w mniemaniu wielu osób „było najlepsze w mieście”. To drugie liceum podobno goniło to pierwsze, ale nie miało takich tradycji i w rankingu liceów w województwie nie plasowało się tak wysoko.

To liceum, do którego poszedłem miało 19. miejsce wśród wszystkich liceów w województwie mazowieckim licząc punkty za olimpiady przedmiotowe. Więc w ogóle super – znaczy, że dobre liceum, prestiżowe i takie tam.

Dodatkowo, według opinii krążących po miejscowości, w liceum nauczali pedagodzy „wymagający”, „surowi”. Ci nauczyciele kazali się uczyć, dużo zadawali do domu, stawiali raczej niskie oceny, niż wysokie. Młodzież trzymali krótko. Dość powiedzieć, że w szkole, na każdym piętrze pałętał się ochroniarz z wynajętej zewnętrznej firmy (naprawdę!!!), który miał zapewniać bezpieczeństwo i przestrzeganie porządku.

To było jakieś 20 lat temu, więc na pewno dużo się zmienia i dużo się zmieniło (teraz nie ma ochroniarzy – zostali zastąpieni przez kamery). Ale jednak ciągle w umysłach rodziców i uczniów gnieździ się koncepcja zakładająca, że „surowy, wymagający, dyscyplinujący i twardy nauczyciel” równa się „dobry nauczyciel”.

Kilka dni temu miałem nawet rozmowę z bliską mi osobą, która wspominając swojego nauczyciela matematyki z liceum wyrażała się o nim jako o „dobrym pedagogu”. Nieprzystępnym, niemiłym, gburowatym, stawiającym jedynki w ilościach hurtowych lecz wedle słów tej osoby „dobrze uczącym”. Problem w tym, że ta osoba, z którą rozmawiałem jednocześnie „nienawidzi matematyki” i nie chce z nią mieć nic wspólnego…

Pytanie oczywiste się nasuwa – jaki długoterminowy skutek takie twarde pedagogiczne podejście zapewniło.

Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że długo w swoim życiu nie zastanawiałem się nad jakością produktu pedagogicznego, z którym spotkałem się w liceum. Też uważałem, że nauczyciel surowy jest OK. Refleksja w końcu nadeszła. Teraz myślę zupełnie coś przeciwnego.

 

CEL KRÓTKOTERMINOWY I DŁUGOTERMINOWY

Zasadniczo wszystko co robimy możemy podzielić na rzeczy które robimy, aby osiągnąć skutek krótko- lub długoterminowy. W przekonaniu wielu nauczycieli, dzieci, rodziców edukacja jest działaniem krótkoterminowym.

Dlaczego tak sądzę?

Dlatego, że o jakości różnych szkół świadczą wyniki egzaminów, olimpiad przedmiotowych i różnych konkursów. Wielu rodziców wybiera szkoły, gdzie absolwenci uzyskują wyższe wyniki na egzaminach po 8 klasie, po gimnazjum, po liceum (czyli z matury). Licea, gdzie uczniowie mają wysoki średni wynik na maturze są postrzegane jako dobre, prestiżowe. Licea z kiepskimi średnimi są złe. Jest to jasne jak słońce i oczywiste.

Ba! Teza, że jest to cel krótkoterminowy zapewne w wielu osobach wzbudziła sprzeciw. Toż wyniki matury wpływają na rekrutację na studia. A studia z kolei determinują nasze losy zawodowe, które z kolei są znakiem, czy ktoś sukces osiągnął, czy nie osiągnął.

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że się nie zgadzam ze stwierdzeniem, że wyniki matur świadczą o czymkolwiek. Mają one umiarkowane znaczenie w kontekście tego, czy ktoś w dalszym życiu osiągnie sukces rozumiany jako dobra, prestiżowa, wysoko płatna praca. A już zupełnie nie mają znaczenia, czy ktoś w swoim życiu będzie kompetentną, szczęśliwą i czyniącą z siebie pożytek dla społeczeństwa jednostką.

Co uważam zatem za długoterminowy cel edukacji?

Uważam, że jest to wpłynięcie na młodego człowieka w taki sposób, aby był ciekawy świata, ciekawy różnych jego przejawów. Te przejawy to zarówno działalność kulturowa człowieka (a więc sztuka, historia, reguły życia społecznego itp.) jak również sam człowiek jako pewien mechanizm (np. anatomia, fizjologia, psychologia), a także budowa świata (biologia, fizyka, chemia, wszelkie nauki ścisłe). Dodatkowo, pisałem już o tym tutaj, szkoła powinna wyposażać w dwie umiejętności potrzebne z zawodowego punktu widzenia – umiejętność rozwiązywania problemów oraz umiejętność współpracy z innymi.

Niestety cel długoterminowy tak rozumiany mija się z celem krótkoterminowym rozumianym jako dobre przygotowanie do egzaminu…

 

CZEMU UCZNIOWIE NIE LUBIĄ SZKOŁY?

Jako psycholog szkolny mogę swobodnie zbierać opinie na temat różnych lekcji od uczniów. Generalnie, w większości narzekają oni dosyć mocno. A to na historię, a to na matematykę, a to na geografię, a to na fizykę, a to na angielski i różne inne.

Ja się temu mocno dziwię i im tłumaczę, że przecież te przedmioty są fascynujące!!!

Biologia jest super. Historia, polski, języki obce, fizyka, chemia – to jest ekstraciekawe.

Jak można marudzić, że to nudne?

Ano można… Sam tak narzekałem…

Biologię uważałem za najgorszy przedmiot do spółki z matematyką. Inne przedmioty nie lepiej. Jedyną lekcją na którą z chęcią chodziłem był WF.

Kiedy dostrzegłem, że matematyka i biologia są super? Dopiero w okresie studiów.

Myślę, że można wysnuć dwie hipotezy dotyczące tego, dlaczego większość uczniów nie lubi chodzić do szkoły. Pierwsza hipoteza jest taka, że nie lubią, bo są leniwi i nie chcą się uczyć. Często ją słyszę. Druga hipoteza jest inna. Uczniowie nie lubią chodzić do szkoły, dlatego, że szkoła każe im się uczyć do egzaminów zamiast zaciekawiać światem. Być może w przypadku niektórych, hipoteza pierwsza może mieć miejsce. Ale jestem pewien, że w zdecydowanej większości uczniowie są leniwi i niechętni dzięki nam – nauczycielom, dyrektorom, rodzicom, pedagogom, ministrom edukacji. To my odbieramy dzieciakom przyjemność płynącą z poznawania i uczenia się, bo każemy im to robić.

 

WZBUDZAJ CIEKAWOŚĆ A NIE KAŻ SIĘ UCZYĆ

Zastanawiam się często, jaka byłaby skuteczność nauczania, gdyby uczniowie chętnie się uczyli. Co by było, gdyby uczyli się z własnej woli, z ciekawości. Czy mieliby gorsze oceny na egzaminach? Sądzę, że bardzo wątpię.

Mój 6 letni syn jest fanem dinozaurów. Każe w kółko sobie o nich czytać, przegląda książki z nimi, układa puzzle itp. Dyskutując z nim o dinozaurach, nie mam najmniejszych szans. Na przykład poprawia mnie gdy niewłaściwie nazwę jakiegoś dinozaura. I w 99% przypadków ma rację. Na przykładzie dinozaurów uczy się biologii. Ogarnia co to są ssaki, gady, płazy, skąd się wzięły ptaki. Nie trzeba go do tego zachęcać.

A jak myślicie, co by się stało, gdyby w podstawówce wiedza o dinozaurach była w podstawie programowej i byłaby wymagana na egzaminie? Oczywiście natychmiast dinozaury by znielubił. Świadczy o tym wiele eksperymentów psychologicznych – jak coś robimy z własnej chęci, to lubimy to robić. Jak coś robimy pod przymusem, nawet jak wcześniej to lubiliśmy, to już tego nie lubimy.

Sądzę, że pracując pozytywnymi metodami, wspierając zainteresowanie uczniów danym przedmiotem, wzbudzając ciekawość, w ostatecznym rachunku uczeń sam z siebie będzie się tego uczył a w konsekwencji miał wysoki wynik na egzaminie. Dodatkowo, jako dorosły, będzie się dalej tematyką interesował, rozwijał swoją wiedzę z tego zakresu, fascynował nawet. A to prowadzić będzie do tego,  że swoim dzieciom przekazywać będzie nawyk ciekawości świata, zgłębiania jego tajemnic. Jego dzieci zatem będą się chętnie o tym uczyć i tak dalej i tak dalej.

 

MODEL EFEKTYWNOŚCI SZKOLENIA KIRKPATRICKA

Podsumowując temat chciałbym rekomendować wszelkim pedagogom, dyrektorom szkół, nauczycielom wykorzystanie starego ale jarego modelu Kirkpatricka do oceny efektywności lekcji. Ten model w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi, w szczególności szkoleniami, jest znany wszem i wobec. A w szkole chyba nikt o nim nie wie.

O co w nim chodzi?

Otóż postuluje on pomiar efektywności szkoleń (lekcji) na 4 poziomach.

POZIOM 1 – Ocena zadowolenia uczestników ze szkolenia/lekcji

POZIOM 2 – Ocena przyrostu wiedzy i umiejętności po szkoleniu/lekcji

POZIOM 3 – Ocena zachowania uczestników szkolenia/lekcji po szkoleniu (czyli na ile to co się nauczyli przekłada się na ich codzienne funkcjonowanie)

POZIOM 4 – Kalkulacja finansowa podjętych działań szkoleniowych/edukacyjnych (czyli, czy szkolenie przyniosło danej firmie wartości finansowe)

W szkole z lubością sprawdzany jest POZIOM 2 na wszelkich kartkówkach, klasówkach, egzaminach. POZIOM 1, 3 i 4 są całkowicie ignorowane. Nie postuluję od razu pomiarów POZIOMU 3 i 4 (choć byłoby to ciekawe), lecz jedynie pomiar POZIOMU 1.

A co gdyby o nauczycielu świadczyło nie tylko to, jak przygotował klasę do egzaminu, ale także to, że uczniowie lubią przedmiot, który naucza?

Myślę, że znakomicie podniosłoby to także wyniki na POZIOMACH 3 i 4 (co jest długoterminowym celem edukacji), jednocześnie nie zaniżając POZIOMU 2. Osoba lubiąca historię sama z siebie będzie się interesowała historią, nawet jak już skończy szkołę. Na przykład będzie czytać książki historyczne, brać udział w różnych rekonstrukcjach, oglądać filmy historyczne. Czyli lekcje będą także efektywne na POZIOMIE 3. Ktoś kto lubił w szkole polski raczej będzie czytał książki jako dorosły (czyli POZIOM 3) i wpływał dodatnio na rynek księgarski (POZIOM 4) 😊

Ktoś, kto ze szkoły wyniesie nawyk samodzielnego poszerzania swojej wiedzy, umiejętności i kompetencji, w życiu zawodowym, będzie poszerzał wiedzę, umiejętności i kompetencje związane z wykonywanym zawodem. Będzie coraz lepszym menedżerem, pracownikiem, lekarzem, tapicerem, barmanem, a tym samym będzie generował większe PKB, przyczyniał się do większego dobrobytu naszego pięknego państwa (czyli wpływamy na POZIOM 4). Inwestycja w jego edukację liczona finansowo, zwróci się ze znacznym procentem.

A na dodatek będzie szczęśliwszym człowiekiem.

Same korzyści, co nie?