Najważniejsza cecha dobrego szefa

Od kilkunastu lat uczestniczę jako asesor w działaniach Assessment Centre lub Development Centre. To takie metody, które pozwalają, na podstawie różnych symulacji, testów, wywiadów, oszacować poziom kompetencji menedżera lub pracownika. Pisałem o tych metodach więcej np. tutaj

W wielu projektach AC/DC mam dostęp do surowych danych, z którymi mogę się „bawić” i poddawać je różnym analizom statystycznym. Te surowe dane to np. wyniki każdej osoby, w każdej kompetencji, z każdej metody, która składa się na AC/DC.

I co z tych danych ciekawego wynika, jeśli chodzi o kwestie bycia dobrym przełożonym?

Bardzo ciekawe rzeczy. Rzeczy wprost wskazujące, co robić, żeby naprawdę być dobrym szefem.

Firmy doradcze i szkoleniowe grubą kasę zgarniają za uczenie ludzi tego, jak być szanowanym i słuchanym przywódcą. Wychodzi pełno książek w temacie. W kółko powstają nowe teorie zarządzania ludźmi. Powstają po to, żeby można było o nich pisać książki i prowadzić na ten temat szkolenia czy wykłady.

Te teorie często są skomplikowane, wyrafinowane. Próbują „uchwycić” istotę bycia dobrym przywódcą. Często jednak są po prostu efektem zbyt dużej „rozkminy” autorów tychże koncepcji, a za mało opierają się na badaniach empirycznych. Za dużo teorii, a za mało rzeczywistości.

A co wychodzi z badań, z praktyki?

Że wszystko i tak sprowadza się do dwóch rzeczy.

  1. Czy ogarniasz realizację celów?
  2. Czy jesteś miły dla innych ludzi?

Te dwie cechy połączone w jedną nazywają się po prostu ASERTYWNOŚCIĄ. Czyli najważniejsze z punktu widzenia zarządzania innymi jest po prostu bycie asertywnym.

REALIZACJA CELÓW

Jak jesteś szefem to najczęściej sam tych celów zrealizować nie możesz. Musisz innych do tego zmusić. Szefowie robią to w różny sposób. Patrząc na to kryterium, to wszystko jedno, jak właściwie to się odbywa. Niektórzy stosują silną presję („jak tego nie zrobisz, to cię zwolnię”). Inni manipulują. Kolejni stosują atrakcyjny system motywacyjny (szczególnie w zespołach handlowych). Pewna grupa szefów wierzy także, że jeśli się pracowników zostawi w spokoju, to oni sami z siebie zaczną te cele realizować.

W różnych warunkach, różne strategie się sprawdzają. Czasami działa presja, czasami manipulacja, czasami nagroda, a czasami faktycznie tak się dzieje, że dając pracownikom autonomię, oni sami temat ogarniają. Choć raczej jest to sporadyczne – częściej temat olewają idąc za przykładem swojego szefa.

BYCIE MIŁYM

Druga cecha wpływająca na to, czy jesteś dobrym szefem, to stosunek do ludzi. Wychodzi, że nie da się jedynie realizować celów (nieważne jakimi metodami). Trzeba się gimnastykować, jak to robić tak, aby jednocześnie mieć dobre relacje z podwładnymi. Jak się możecie domyślać presja czy manipulacja słabo się sprawdzają w temacie budowania relacji. Lepiej stosować metody mniej siłowe, bardziej oparte na szacunku dla innych i dwustronnej komunikacji (więcej o tym pisałem np. tutaj i tutaj).

Ale to nie takie proste. Trudno opanować nerwy i być dla pracowników miłym, słuchać ich, chwalić, wspierać dobrym słowem, kiedy kejpiaje wiszą nad głową, co nie?

UJEMNA KORELACJA POMIĘDZY REALIZACJĄ CELÓW A BYCIEM MIŁYM

W AC/DC wychodzi, że ogarnianie zarówno realizacji celów, jak i bycia miłym to sprzeczne parametry. Występuje pomiędzy tymi dwiema właściwościami korelacja ujemna. Czyli im lepiej ogarniasz cele, tym najczęściej jesteś niemiły. Im jesteś bardziej miły, tym gorzej realizujesz cele.

Jako szefowie wpadamy w którąś z tych kategorii – albo jesteśmy nastawieni na ludzi, albo na wyniki (nic nowego co?).

Istnieje też trzecia kategoria, równie często występująca – bycie zarówno niemiłym, jak i nierealizowanie celów. Dla takich osób pierwszym krokiem jest pójście albo w stronę egzekwowania celów, albo przynajmniej zbudowania dobrych relacji z innymi.

Czy mamy czwartą kategorię – szefów asertywnych, którzy zarówno egzekwują jak i są OK dla personelu? Czy są osoby twarde dla problemów, a miękkie dla ludzi?

Na szczęście zdarzają się, choć jest ich najmniej 😊

Mniej więcej wychodzi to tak:

Szefowie niemili i na dodatek nie ogarniający celów30%
Szefowie ogarniający cele, ale niemili30%
Szefowie mili, ale nieogarniający celów30%
Szefowie ogarniający cele, jednocześnie budujący dobre relacje z podwładnymi10%

HERSHEY BLANCHARD WIECZNIE ŻYWY

Fajnie jest wymyślać różne koncepcje przywództwa i takie tam. Wychodzi jednak, że stara szkoła dzieląca szefów na tych zorientowanych na zadania oraz na tych zorientowanych na ludzi trzyma się nieźle.

Trudno powiedzieć, czy to dobrze, czy to źle. Na pewno warto mieć to w głowie i sceptycznie podchodzić do wszelkich „nowinek”, które co chwila się pojawiają. Najczęściej nie są one poparte jakimikolwiek badaniami. Dobrze brzmią, ale zwykle na kartkach książki albo na szkoleniach.

Wyjdę na konserwatystę, ale pomimo gwałtownego rozwoju technologii, globalizacji, zmian, idee sprzed 50 lat wciąż są aktualne.

A Ty? Bardziej ogarniasz cele, czy raczej jesteś miły dla innych? 😊

Po co komu dzieci?

Kilka spraw się sprzęgło.

Po pierwsze coraz więcej mam pracy związanej z konsultacjami rodzicielskimi. Innymi słowy, pomagam, wspieram, doradzam rodzicom w ich wyzwaniach związanych z wychowywaniem dzieci.

Po drugie, w naszym kraju kolejna awantura. Tym razem idzie o sprawę aborcji. Zasadnicza oś sporu dotyczy tego, czy i w jakich warunkach można ją przeprowadzić. Natomiast oprócz tej oczywistości mnie interesuje jeszcze jedna rzecz.

Otóż – dlaczego jedni chcą mieć dzieci i się o nie starają, a inni wręcz przeciwnie???

I nie idzie tu o wartościowanie, co lepsze a co gorsze. Po prostu nurtuje mnie motywacja szczególnie tych pierwszych, ponieważ jeśli chodzi o tych drugich, to sprawa w wielu kwestiach została naświetlona z racji ostatnich wydarzeń.

Po trzecie, starzeję się chyba i zaczynam w różnych aktywnościach poszukiwać ich sensu. Sam posiadam trójkę cudownych dzieci. Ale w zasadzie, do tej pory, nie zastanawiałem się w głęboki sposób – po co, że tak to potocznie ujmę, mi one? Dlaczego się na to zdecydowałem? Jaka z tego dla mnie korzyść?

Odpowiedzi na te pytania wydają mi się absolutnie fundamentalne. W takim zakresie, że implikują nasze zachowanie w stosunku do naszych pociech. Nie warto zostawiać naszego zachowania w stosunku do innych (a szczególnie dzieci) przypadkowi i nastrojom chwili. Warto określić sobie credo, misję, która ma być realizowana poprzez nasze codzienne działania.

Ponadto na poziomie psychologicznym, jeśli moja postawa i filozofia rodzicielska będą zgodne z moimi realnymi zachowaniami – istnieje większe prawdopodobieństwo, że sam będę szczęśliwy i spełniony 🙂

MOTYWACJA DO POSIADANIA DZIECI

Przyjrzyjmy się motywom posiadania dzieci i co z nich wynika.

1. PROJEKCJA WŁASNYCH MARZEŃ

Są dwa rodzaje zawodów sportowych dla dzieci. Jedne to takie, w których rodzice uczestniczą i aktywnie dopingują . Są też takie, na których rodzice raczej nie mają wstępu (np. turniej międzyszkolny). W pierwszym przypadku mamy do czynienia z wrzaskami, wymachiwaniem rękami, ciągłymi komentarzami, awanturami. Nie dzieci są w centrum uwagi, lecz rodzice, którzy kradną show. W drugim przypadku mamy normalne zawody sportowe. Ktoś wygrywa, ktoś przygrywa. Czasami jest ostrzej, czasami bardziej zabawowo. Nic wielkiego.

Obserwacja rodziców, np. podczas meczu piłki nożnej pozwala wysunąć wniosek, że to nie są jakieś tam zwykłe zawody i jakiś tam zwykły mecz. To jest walka o honor rodziny i sukces na miarę zdobycia tzw. złotych kalesonów.

Skąd się to bierze? Prawdopodobnie dzieci są projekcją, niezrealizowanym marzeniem rodziców. Rodzic sukcesu sportowego nie odniósł? Nie szkodzi, po to są dzieci, żeby osiągnęły.

Rodzic nie bardzo miał talent muzyczny? Nie szkodzi! Dziecko się pośle na lekcje pianina w wieku 7 miesięcy i będzie ono sławnym pianistą.

Rodzic nie teges z nauką w szkole? Nie szkodzi!!! Dziecko będzie miało same piątki i szóstki.

To w sumie tak jakby rodzic je miał, co nie?

Takie podejście niesie konkretne implikacje wychowawcze. Jeśli dziecko jest koniem wyścigowym, który ma osiągać sukcesy, to można je jak konia traktować. Czyli raczej dbać, dobrze karmić, inwestować pieniądze, zatrudniać trenerów, poklepywać po pysku plecach, czasem dyscyplinować (jak nie chce trenować).

2. POTRZEBA BYCIA KOCHANYM/POSIADANIA WŁADZY

Dzieci są podobne do psów. Podobnie, jak te urocze czworonogi, dzieci kochają bezwarunkowo. Możesz być moralnym i społecznym bankrutem, a i tak dzieci na pierwszym etapie swojego życia tego nie widzą. Jesteś dla nich bogiem, niepodważalnym autorytetem, ostateczną wyrocznią. Decydujesz o ich życiu, zdrowiu, bezpieczeństwie. Jednocześnie masz absolutną pełnię władzy, a z drugiej, Twój poddany bezwarunkowo ją akceptuje. W domu otacza Cię cześć i chwała.

W takiej sytuacji, najważniejsze dla Ciebie to utrzymać władzę i autorytet jak najdłużej się da. Na początku jest łatwo. Potem, jak dziecko dorasta, zaczynają się schody. I tu rodzic ma dwie możliwości postępowania. Pierwsza to zrobić kolejne dziecko. Wtedy to starsze niech sobie marudzi, to nieważne. Młodsze wciela się w rolę kogoś, kto nas kocha bez względu na jakiekolwiek uwarunkowania.

Druga strategia, raczej słabo działająca, ale wiele rodziców zapewne ją stosuje, to wzmocnienie narzędzi opresji. Większość dyktatur, jak się społeczeństwo zaczyna buntować i nie kochać władzy, tak jak powinno, reaguje przemocą. Na dwoje babka wróżyła taka strategia. Na jakiś czas się dziecko uda zastraszyć. Ale na logikę, to rodzic jest coraz starszy i słabszy, a dziecko coraz bardziej rośnie i jest silniejsze. W końcu raczej i tak się przegra.

Jaka moja rada dla rodziców, chcących być bezwarunkowo kochanymi?

Sprawa prosta – w schroniskach czeka mnóstwo psiaków do adopcji.

3. WZORZEC KULTUROWY

W mojej rodzinie była trójka dzieci. Znaczy mam dwóch braci. Naturalne, instynktowne było dla mnie to, że sam będę miał trójkę dzieci. Bez zastanawiania się w ogóle, dlaczego taka liczba a nie inna.

Idziemy ustalonymi torami. W dzieciństwie przyzwyczajamy się do określonych sytuacji i bardzo trudno nam się z tych kolein wyrwać. Nawet jak mamy szansę zmienić coś na lepsze, to lęk przed nieznanym jest tak silny, że tkwimy w tym gorszym.

Dodatkowo wzorzec kulturowy panujący w naszym pięknym kraju jest taki, że jak ktoś nie ma dzieci, to zapewne jest z nim coś nie tak. Jeszcze mężczyznom jakoś to uchodzi, ale kobieta bez dziecka traktowana jest jako osoba, która nie ma szczęśliwego i satysfakcjonującego życia. Jakaś taka podejrzana…

Najczęściej, schematy rodzicielstwa, które zostały nam w głowie zaszczepione w dzieciństwie, przenosimy na realne zachowania wobec naszych dzieci. Czasem jest to wierna kopia zachowań naszych mam i tatów. Czasem, w akcie rozpaczliwego buntu, robimy wszystko na opak, żeby nie powtarzać błędów naszych rodziców. Tak czy owak, to te schematy dyktują, co mamy robić. Działamy w reakcji na nie, a nie z naszej własnej inicjatywy.

Moja rada – przyjrzyj się jaki schemat powielasz. Przenieś działanie instynktowne, podświadome do kory mózgowej i rozważ je. Porozmawiaj o tym z partnerem/partnerką, z dzieckiem, ze swoimi rodzicami. Wydobycie na światło dzienne naszej motywacji pomaga ją kształtować. Warto nadać sens naszym wyborom, a nie powielać schematy.

4. PRZYPADEK/WPADKA

Część osób ma dzieci, ponieważ los tak chciał. Niektórzy robią to specjalnie (np. nie decydując się na środki antykoncepcyjne i przyjmując, że w związku z tym jest duże prawdopodobieństwo ciąży), a inni, niespecjalnie (tzw. wpadka). Póki co w naszym kraju aborcja została niemal zupełnie zdelegalizowana, zatem dzieci z tzw. wpadek może być coraz więcej.

Podobnie jak w przypadku wzorca kulturowego, mamy tu przestrzeń na nadanie własnego sensu. Jeśli tego nie zrobimy, to nie tylko zrobimy dziecko przez przypadek, ale wychowamy je też „przez przypadek”.

5. KORZYŚCI FINANSOWE

Wiem, pojechałem. Ale rządzący mieli nadzieję, że jak dadzą 500+, to dzietność w kraju wzrośnie.

Heh – nie wzrosła…

6. NADAĆ SENS

Spłodzenie dziecka to czynność banalna. Jak wjechać kolejką na Gubałówkę. Z drugiej strony, jego wychowywanie to ściana K2 zimą. Nadanie sensu, rozważenie, po co ja to właściwie robię, myślę, że jest pierwszym krokiem, aby nasze relacje z dziećmi były zdrowe i wspierające.

Przyznam, że moim motywem, dlaczego się zdecydowałem na dzieci był wzorzec kulturowy. Teraz, czas na poważne podejście, zbudowanie wartości.

Postanowiłem, że moim osobistym celem jako rodzica jest wychowanie szczęśliwych i kompetentnych istot, które w swoim życiu będą przysparzać szczęścia innym.

Najważniejsze co z tego wynika to, że moje zachowanie w stosunku do dzieci muszę ciągle weryfikować pod kątem tego celu. Sprawdzać, jak to, co robię, przyczynia się do jego realizacji. Czy powinienem być bardziej wymagający, czy bardziej im „odpuszczać”? Czy organizować im czas, czy pozwalać im na ich inicjatywę? Czy traktować z szacunkiem, czy też raczej szacunku od nich wymagać? Czy kazać odrabiać prace domowe, czy pozwalać oglądać TV? Zachęcać czy zmuszać do uprawiania sportu?

Nie chcę, żeby przypadek i moje impulsy decydowały o odpowiedziach na te pytania.

A Wy? Po co macie dzieci?

Jak prowadzić szkolenie – krótki poradnik

Są trzy typy szkoleń…

Dwa typy polecam, a jeden typ jest słaby.

PIERWSZY TYP SZKOLENIA – SZKOLENIE FAJNE

Pierwszy typ szkolenia, to szkolenie skupione na zaspokojeniu oczekiwań większości uczestników. Dodatkowo jest to typ szkoleń lubiany przez zleceniodawców – działy HR z różnych organizacji. Szkolenie typu pierwszego jest szkoleniem o solidnych fundamentach. Te fundamenty to pierwszy poziom z „modelu Kirkparticka” dotyczącego efektywności szkolenia.

O co chodzi tym Kirkpatrickiem?

Ten poziom to satysfakcja uczestników z odbytego szkolenia. Znaczy, czy ludziom się podobało.  Czy na szkoleniu nudzili się i zerkali ukradkiem w smartfony, czy też z zainteresowaniem słuchali trenera.

Najczęściej, żeby sprawdzić, czy szkolenie usatysfakcjonowało uczestników, na koniec muszą oni wypełnić ankietę, w której je oceniają. Bardzo często są to pytania typu: „Oceń szkolenie na skali pięciostopniowej, gdzie 1=beznadziejne, 5=wspaniałe. Jak oceny są bliżej piątki, to szkolenie było OK, a jak są bliżej jedynki, to znaczy że było naprawdę słabo.

JAK UDANIE POPROWADZIĆ PIERWSZY TYP SZKOLENIA?

Pierwszy typ szkolenia ma wiele wspólnego z estradowymi występami. Trener musi na tyle ciekawie je prowadzić, żeby utrzymywać uwagę uczestników. To się robi poprzez wiele różnorodnych metod i narzędzi. Są to między innymi:

  1. Ciekawe opowiastki trenera na temat jego przeszłych doświadczeń.
  2. Ciekawe opowiastki trenera na temat przeszłych doświadczeń znanych osób (np. z życia Jeffa Bezosa, Steva Jobsa albo Jacka Welscha).
  3. Dowcipy (sól szkolenia!)
  4. Puszczane filmy.
  5. Różne psychotesty dawane uczestnikom do wypełnienia.
  6. Fajne gry i zabawy, w których uczestnicy muszą zrobić coś śmiesznego, ciekawego, angażującego (np. super się sprawdzają gry negocjacyjne). Musi to być jednak z umiarem i taktem. Najlepiej, aby angażować do nich tych uczestników, którzy czują się pewnie, swobodnie i nie odczuwają zbyt wielkiego stresu przy tego typu atrakcjach.
  7. Od czasu do czasu trzeba coś powiedzieć w temacie, jakiś krótki wykład poprowadzić, tak aby uczestnicy mieli wrażenie, że faktycznie czegoś się uczą.
  8. Można śpiewać piosenki nawet – choć jeszcze z taką sytuacją, przyznam się uczciwie, się nie spotkałem. Ale miałoby to sens…

Bardzo ważne jest, aby uczestnikom nie dawać żadnych rzeczy do czytania, samodzielnego ćwiczenia, jakichś prac domowych. Uczestnik na szkoleniu ma się dobrze bawić, a nie efektywnie uczyć. Ma być wesoło, a jak się ludziom coś każe robić, to nie jest wesoło, bo nikt nie lubi być zmuszany, aby coś robić 😊

Ale nie łudźcie się zbytnio. Poprowadzić w sposób mistrzowski pierwszy typ szkolenia jest bardzo trudno. Jest to niezwykle męczące dla trenera być w centrum uwagi cały czas. Niemniej jednak, nie jest to niemożliwe. Sam widziałem kilkukrotnie w swoim życiu mistrzów pierwszego typu szkolenia. Bycie uczestnikiem ich szkoleń dało mi wiele satysfakcji, a niektóre dowcipy i anegdoty pamiętam do dzisiaj…

Sam zresztą ich używam na swoich szkoleniach…

POZIOMY KIRKPATRICKA

Model Kirkpatricka to nie tylko fundamentalny pierwszy poziom. Pan Kirkpatrick wyróżnił też trzy kolejne.

Drugi poziom to poziom przyswojenia wiedzy przez uczestników. Czyli na szkoleniu np. dowiedziałeś się, że jest coś takiego jak parafraza i na czym to polega.

Trzeci poziom to poziom realnej zmiany zachowania uczestnika. Przykładowo – jeśli przed szkoleniem nie obsługiwałeś Excela, bo nie umiałeś, a po szkoleniu na luzie sobie dodajesz w pracy wartości z kolejnych kolumn zamiast liczyć to ręcznie – to zmieniłeś swoje zachowanie. Szkolenie wspięło się na wyżyny trzeciego poziomu.

Jest też i poziom czwarty – mityczny wręcz. Określa on, czy szkolenie się zwróciło finansowo. Czyli, czy inwestycja finansowa w szkolenie jest opłacalna, czy nie. Na przykład, czy to, że dodajesz wartości w Excelu ma jakikolwiek pozytywny wpływ na finanse przedsiębiorstwa niż jakbyś to liczył na piechotę. Można to policzyć np. porównując wydatki na ołówki i papier potrzebne do ręcznego liczenia z wydatkami na licencję Microsoft Office. Jak licencja wychodzi istotnie taniej, to się szkolenie opłacało. Oczywiście przykład jest grubymi nićmi szyty, bo pewnie trzeba jeszcze sprawdzać ile czasu pracownik oszczędza licząc 2+2 w Excelu, a nie ręcznie, ile błędów popełnia licząc ręcznie, co skutkuje jakimiś konsekwencjami finansowymi itp. itd.

Dlatego nikt tego zresztą nie liczy, bo to za dużo roboty. Więc poziom czwarty teoretycznie jest, ale praktycznie go nie ma.

DRUGI TYP SZKOLENIA – SZKOLENIE NUDNE

Jak można się domyślać z logiki wywodu – drugi typ szkolenia (tzw. szkolenie nudne) dotyczy drugiego poziomu modelu Kirkpatricka. Takiego szkolenia nikt nie lubi i radzę Wam go nie przeprowadzać nigdy.

Czemu?

Bo to jest po pierwsze strasznie nudne. Nikt nie chce słuchać samych wykładów (a głównie na wykładach się takie szkolenie opiera). Jak poprowadzicie tego typu szkolenie, to klient nie będzie zadowolony i HR Was następnym razem do prowadzenia szkolenia nie zaprosi.

Po drugie zaś, sama wiedza jest warunkiem niewystarczającym do zmiany zachowania i rozwoju kompetencji w pracy. Do tego jest potrzebne ćwiczenie umiejętności.

TRZECI TYP SZKOLENIA – SZKOLENIE EFEKTYWNE

No dobrze… A który poziom stara się ogarnąć trzeci typ szkolenia?

Oczywiście trzeci!

Polega ten typ na tym, że pod kierunkiem trenera uczestnicy ćwiczą konkretną umiejętność, którą chcą nabyć. Jedynie w ten sposób działając jest szansa na to, że szkolenie będzie miało większy sens od zwykłego spotkania towarzyskiego, czy pójścia na występ kabaretowy.

A jak to wygląda w szczegółach?

Trzeci typ szkolenia opiera się na ćwiczeniu. Nie na gadaniu trenera, nie na dyskutowaniu o abstrakcyjnych zagadnieniach, ale właśnie na tym, aby uczestnicy mogli wejść w daną sytuację (najlepiej jak najbardziej zbliżoną do rzeczywistej) i przećwiczyć swoje zachowanie w tej sytuacji. Następnie, po takiej symulacji, otrzymują oni od trenera i innych uczestników grupy informację zwrotną na temat tego jak wypadli. Słyszą o tym, co było dobre, a co można by usprawnić w ich performensie. I tak w koło Macieju. Znów ćwiczenie, znów informacja zwrotna itp. itd.

Fachowo to się nazywa celowe ćwiczenie pod kierunkiem eksperta.

Pracując w ten sposób przekazujemy uczestnikom wiedzę, co leży w poziomie drugim. Tym momentem przekazywania wiedzy jest właśnie moment udzielania informacji zwrotnej. Nie jest to jednak wiedza abstrakcyjna. Jest to wiedza kontekstowa – taka, którą o wiele lepiej człowiek zapamiętuje. Dotyczy konkretnej sytuacji, zachowania, sposobu postępowania. Zdecydowanie lepiej, jeśli ucząc o komunikacji dwustronnej damy ludziom na szkoleniu scenki, gdzie muszą się dogadać i na tej podstawie, dopiero w informacji zwrotnej, tłumaczyć na czym komunikacja dwustronna polega.

Takie szkolenie właściwie nie do końca jest szkoleniem w klasycznym rozumieniu – to bardziej Development & Learning Centre (DLC). W moim przekonaniu najskuteczniejsza z metod umożliwiających rozwój kompetencji ludzi w organizacji (na czym dokładnie polega DLC więcej pisałem tutaj).

PODSUMOWANIE

Zatem jak nie masz możliwości technicznych zrobić DLC, to zrób szkolenie pierwszego typu. Może ludzie się za wiele nie nauczą, ale przynajmniej będzie fajnie.

Jak masz techniczną możliwość – rób DLC. Tylko w ten sposób jest szansa, że ludzie faktycznie zmienią po szkoleniu swoje zachowanie.

Kwarantanna jakoś leci – świat przenosi się do sieci…

Z mieszaniną zdumienia i satysfakcji, usłyszałem jakiś czas temu w radio wiadomość, że pomimo wydanego przez władze zakazu, nadal ludzie gromadzą się w grupy. To w sumie nic niezwykłego na pierwszy rzut oka, ale okazało się, że często te zgromadzenia są tworzone przez młodzież.

Młodzież? Jak to młodzież?

Przecież w obliczu pandemii koronawirusa i nakazu siedzenia w domu, akurat młodzież powinna być zachwycona i z upodobaniem nakaz realizować. W takiej sytuacji już nic nie przeszkadza jej w siedzeniu w necie, graniu w gry komputerowe, przeglądaniu instagrama, czy co tam teraz jest popularne.

A tu jednak niespodzianka. Jacyś młodzi ludzie się spotkali bezpośrednio!

ŻYCIE W SIECI

Pewnego wtorku przeprowadziłem ciekawą dyskusję z uczniami klasy V i VI. Zapytałem ich o to, jak spędzili weekend. Odpowiedzieli, że grali w gry komputerowe. Zapytałem, ile się gra w gry? 4-6 godzin dziennie?

Grupa uczniów popatrzyła po sobie z niejakim rozbawieniem i czymś w rodzaju, no nie wiem, lekkiej pogardy dla mojej ignorancji.

Zapytałem ich, w czym rzecz? Czy coś powiedziałem nie tak? Jaka jest odpowiedź na to pytanie?

Otóż… Moje przypuszczenia okazały się bardzo niedoszacowane. Uczniowie stwierdzili, że  średnio spędzają na grach komputerowych kilkanaście godzin dziennie. Dla nich to norma… Nie widzieli w tym nic nadzwyczajnego. Dziwne im się wydało raczej, że ja mogę przypuszczać, że 4-6 godzin wystarczy. Stąd ich zdziwienie, że ja mogę myśleć inaczej.

Pomyślałem wówczas, że pewnie uczniowie wzajemnie przed sobą się popisują czy coś. Chcą zaimponować. Przecież to nie może być prawda.

I wtedy przeczytałem sobie raport firmy doradczej McKinsey & Company (do poczytania tutaj – oczywiście w internecie), z którego wynika że statystyczny Polak korzysta z tego medium 11 godzin dziennie!!!

No to właściwie, w czym problem z tą izolacją? I tak już jesteśmy wyizolowani. W metrze, jak się jedzie, to przecież każdy gapi się w smartfon, więc nawet jak kichnie, to najwyżej zarazi ekran…

7 RZECZY KTÓRE SMARTFON ROBI Z NASZYMI MÓZGAMI

Wydawało mi się, że zagrożenia związane z przebywaniem w sieci, i korzyści z bycia tu i teraz w realu, szczególnie dla dzieci i młodzieży są oczywiste i jasne. Ale okazuje się, że tak nie jest. No bo przecież, większość rodziców bez jakiejkolwiek kontroli pozwala dzieciom na korzystanie ze smartfonów. Maluchy pierwszy smartfon dostają najczęściej na pierwszą komunię.

Spotkałem się z wieloma przypadkami, że rodzice dają dzieciom urządzenia elektroniczne, aby móc je lokalizować i czuwać nad jego bezpieczeństwem. Jednocześnie otwierają na oścież drzwi do co najmniej równie niebezpiecznego świata cyfrowego i w tym świecie pozostawiają bez jakiegokolwiek nadzoru i wsparcia.

A jaki może być efekt przebywania w sieci przez 11 godzin dziennie? Publikacji na ten temat jest całe mnóstwo. Co z nich wynika, szczególnie dla dzieci?

1. MÓZG DZIAŁA GORZEJ

Internet jako wygodny i prosty sposób na rozwiązywanie różnych problemów powoduje, że nasz mózg nie trenuje rozwiązywania tychże problemów (np. nie musimy znać okolicy bo mamy Google Maps, nie musimy nic zapamiętać bo mamy natychmiastowy dostęp do wiedzy, nie musimy aktywnie przetwarzać informacji, bo robi to za nas procesor w komputerze itp. itd.). Ostatnio mam okazję oglądać, w jaki sposób uczniowie wykonują prace domowe. Zwykle robią to poprzez kopiowanie treści z internetu. Nie zadają sobie  trudu, aby tę treść, którą przepisują pojąć. Na ten przykład widziałem jak czwartoklasista dostał z historii pracę domową, polegającą na odpowiedzeniu na kilka pytań w zeszycie. Wziął więc te pytania wpisał w Google. Google udzielił na nie odpowiedzi, a on te odpowiedzi zwyczajnie przepisał, nawet nie fatygując się sprawdzić, czy mają one sens.

Proste? Proste! Po co ma się wysilać i coś zapamiętać, przetworzyć, przeanalizować, kiedy robi to za nas Google 😊

Zasób wiedzy internetowej jest dla nas przekleństwem, ponieważ powoduje, że nasz mózg staje się organem niepotrzebnym i nietrenowanym. Z nim jest trochę jak z mięśniami. Jak go nie trenujemy, to staje się słaby jak łącze od Neostrady.

2. GORZEJ BUDUJEMY RELACJE Z INNYMI

Ważnymi rzeczami, których się uczymy w toku dorastania są kompetencje społeczne. Korzystanie z internetu, niestety, tę naukę skutecznie upośledza. Uczymy się tych kompetencji i zachowań w świecie rzeczywistym poprzez bezpośredni kontakt z innymi ludźmi. W internecie natomiast zachowania i normy społeczne nie obowiązują, a kontakt nie jest bezpośredni. Generalnie można robić i pisać co się chce (fora internetowe to kopalnia inwektyw, głupot, obrażania innych, poniżania i takich tam). Wobec tego uczymy się, że właśnie brak jakichkolwiek norm jest normą także w realnym życiu.

Chcesz, żeby Twoje dziecko nie miało przyjaciół i nie potrafiło budować relacji z innymi. Daj mu smartfon do ręki i to najlepiej jak najwcześniej. Powchodzi sobie na różne fora internetowe, to się nauczy, jak się ładnie z innymi rozmawia.

3. ZWIĘKSZA SIĘ RYZYKO DEPRESJI

Badania dowodzą, że częste korzystanie z portali społecznościowych współwystępuje z depresją. Im więcej dzieci i młodzież mają znajomych na portalach społecznościowych tym mniej mają przyjaciół w realu. Co ciekawe, osoby, które wychowywały się w erze analogowej (tak jak większość dorosłych), tak nie mają. Dla nas portale społecznościowe są narzędziem do utrzymywania kontaktu z naszymi przyjaciółmi. Tych przyjaciół poznaliśmy wcześniej – w świecie realnym. U młodzieży natomiast coraz słabiej zachodzi proces nawiązywania relacji w świecie realnym. Nawiązują znajomości i przyjaźnie w świecie wirtualnym, bez odniesienia do rzeczywistości. Jeśli nie masz dobrych relacji z innymi w rzeczywistości, jesteś bardziej podatny na depresję. Wirtualni przyjaciele, okazuje się, zupełnie w tym aspekcie się nie liczą i nie stanowią grupy wsparcia.

4. IM WIĘCEJ GRANIA W GRY, TYM GORSZE STOPNIE W SZKOLE

Dla dużej części rodziców, dobre stopnie dziecka w szkole są kompensacją własnych niepowodzeń i porażek. Jest to naprawdę ważna rzecz, więc trochę na ten temat.

Chcesz, żeby Twoje dziecko miało słabe stopnie w szkole, bo pragniesz udowodnić, że jesteś wyluzowanym i nowoczesnym rodzicem? Daj mu grać w gry komputerowe! Zależność jest liniowa. Im więcej Twoje dziecko gra na komputerze, tym gorszych stopni się spodziewaj w szkole. Dodatkowo gry nie powodują jedynie pogorszenia ocen szkolnych. Powodują także większą izolację społeczną i rzadszy kontakt z innymi ludźmi (rodziną czy przyjaciółmi), co jak już pisałem w punkcie trzecim wiąże się z ryzykiem depresji.

Korzyść z grania jest zatem podwójna. Gorsze stopnie i większe ryzyko depresji 😊

5. CORAZ BARDZIEJ NIE OGARNIAMY

Życie w sieci znacząco osłabia naszą zdolność do koncentracji uwagi. Zwykle w internecie robimy kilka różnych rzeczy na raz. Kiedyś myślano, że to dobrze, bo rozwijamy tak zwaną multizadaniowość. Okazuje się jednak, że multizadaniowość to coś fatalnego. Badania dowodzą, że im więcej zadań jednocześnie wykonujemy, tym wykonujemy je gorzej. W internecie najczęściej robimy mnóstwo rzeczy na raz. Siedzimy na czacie, sprawdzamy wiadomości, odrabiamy lekcje, pracujemy, słuchamy muzyki, oglądamy filmiki i śledzimy najnowsze informacje o koronawirusie. Upośledza to naszą zdolność do koncentracji uwagi. A tylko dzięki niej potrafimy przetwarzać informacje na poziomie głębszym niż powierzchowny. Przetwarzanie głębokie natomiast to klucz do efektywnego operowania zasobami poznawczymi, generowania rozwiązań problemów i efektywnej nauki.

Rada – Jeśli nie interesuje nas przyswajanie wiedzy, generowanie rozwiązań dla różnych problemów i to, żeby nasz mózg pracował wydajnie, siedźmy jak najdłużej w necie.

6. NET TO NIE KOPALNIA WIEDZY, TO RACZEJ WYSYPISKO ŚMIECI

Wyszukiwarki internetowe i portale społecznościowe ograniczają nasz dostęp do informacji. Dostajemy takie wyniki, jakie wcześniej nam się podobały. Zatem jeśli uważam, że Ziemia jest płaska a witamina C (koniecznie lewoskrętna) leczy raka, to takie treści Google będzie mi podsyłać. Nie podeśle mi treści, które temu przeczą. Jeśli zatem ktoś uważa, że internet to źródło wiedzy i wszelkiego objawienia, to niech się puknie w głowę. W każdym razie, jeśli chcesz się dowiedzieć różnych głupot, nielogiczności i bzdur – natychmiast wchodź do internetu!

A propos… Stanisław Lem powiedział kiedyś – „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”. Co za trafna uwaga, prawda? Tylko, że nieprawdziwa. Wcale tak nie powiedział. Żadne źródło tego nie potwierdza. Oprócz oczywiście samego internetu.

7. WYCHOWANIE SEKSUALNE KWITNIE W SIECI

Szacuje się, że w Polsce średni wiek zetknięcia się z pornografią w sieci to około 10 lat. Zatem jeśli Twoje dziecko skończyło 10 lat, to prawdopodobnie już z pornografią się zetknęło, lub zetknie się lada chwila. Pracuję co nieco w szkole – IV, V klasa to wiek, kiedy dzieciaki wiedzą co i jak. Z netu oczywiście…

Stąd z niejakim rozbawieniem słucham o tezach różnych prawicowych polityków, że należy chronić nasze dzieci przed wychowaniem seksualnym w szkole, bo ponoć uczy się tam masturbacji, propaguje zgniły gender i same świństwa. Otoż jeśli już, to dwunastolatki takich rzeczy mogą uczyć dorosłych, a nie odwrotnie… Prawicowy polityku, nie bój się. Szkoła dzieci nie zgorszy. Wystarczy, że mają one smartfon pod ręką…

A tak w ogóle, to oczywiście w internecie, czytałem wywiad ze znanym seksuologiem, który powiedział, że nawet jak dziecku nie kupimy smartfona, to i tak mu koledzy pokażą na swoich, co tam ciekawego w sieci piszczy.

Fajna perspektywa, co nie?

8. BEZRUCH POWODUJE KŁOPOTY ZE ZDROWIEM

Jest jeszcze ósma rzecz, ale nie dotyczy wprost mózgu, tylko całego ciała. Im więcej prowadzimy siedzącego trybu życia, tym mamy większe problemy związane z chorobami cywilizacyjnymi. Badania wskazują na korelację pomiędzy liczbą godzin spędzanych przed ekranem a np. otyłością.

To oczywiście prowadzi do ludzkich dramatów w wymiarze indywidualnym, a także do wyższych kosztów opieki zdrowotnej w wymiarze ekonomicznym.

Granie w FIFĘ to zdecydowanie nie to samo, co granie w piłkę na dworzu…

JAK CHRONIĆ DZIECI PRZED TYMI ZJAWISKAMI?

To tak pokrótce o zagrożeniach. Pomyślmy, jak przed tym chronić nasze dzieci.

Ja niestety tego nie wiem.

Ale zaraz zapytam o to Google – na pewno coś znajdę i Wam napiszę…

Lista lektur o wychowywaniu

Obywatele i obywatelki!

W obliczu przymusowej izolacji, zachęcam wszystkich do wykorzystania tego czasu na rozwój wiedzy i umiejętności związanych z wychowywaniem naszych „pociech”. Myślę, że warto doskonalić swoje umiejętności jako rodzica, i z korzyścią dla siebie, i z korzyścią dla naszych dzieci.

Możemy ten czas wykorzystać choćby na wartościowe lektury dotyczące wychowywania i budowania pozytywnych relacji z dziećmi. Każdy przeżywa wzloty i upadki związane z byciem rodzicem. Warto, aby wzlotów było więcej, a upadków jak najmniej.

Poniżej znajdziecie listę lektur, które polecam, i które mnie ukształtowały jako rodzica i pedagoga.

Księgarnie internetowe jeszcze póki co działają, więc nie mamy ograniczeń, przynajmniej jeśli chodzi o czytanie!

Kolejność książek jest w porządku alfabetycznym. Dobrej lektury!

  • „7 nawyków szczęśliwej rodziny” (STEPHEN R. COVEY)

O tym, że można w relacjach rodzinnych zastosować kilka podstawowych zasad, które znacząco wpłyną na jakość naszej komunikacji. Te zasady są uniwersalne i działają zawsze. Jedną z nich jest np. „zanim coś powiesz, to wysłuchaj co druga strona ma do powiedzenia!”.

  • „Cyfrowa demencja” (MANFRED SPITZER)

O tym, jakie zagrożenia płyną ze strony technologii cyfrowych. Książka przerażająca, a nie jest to wcale horror… Czy staliśmy się niewolnikami internetu? Autor przekonuje, że niestety tak…

  • „Inteligencja emocjonalna” (DANIEL GOLEMAN)

Coś z psychologii też wrzuciłem. O tym, że o sukcesie nie decydują wcale kompetencje nauczane w szkole. Warto raczej skupić się na efektywnych relacjach z innymi i kształtowaniu umiejętności samokontroli.

  • „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały” (ADELE FABER & ELAINE MAZLISH)

Biblia z obszaru wychowywania. Jeśli miałbym wskazać jedną książkę, z której czerpię najwięcej – to byłaby to właśnie ta!

  • „Neurodydaktyka” (MARZENA ŻYLIŃSKA)

O tym, w jaki sposób efektywnie uczyć innych oraz się uczyć. Książka absolutnie „must read” dla nauczycieli, pedagogów, dyrektorów, rodziców i wszystkich, których celem jest kształtowanie kompetencji dzieci i młodzieży.

  • „NIE z miłości” (JESPER JULL)

O stawianiu granic w atmosferze szacunku. Jespera Julla warto czytać wszystko, co napisał. Często są to kontrowersyjne tezy, ale zawsze dają do myślenia.

  • „Pozytywna dyscyplina” (JANE NELSEN)

Kolejna książka dotycząca generalnie podejścia do wychowywania dzieci w atmosferze szacunku i życzliwości. Patrząc na to, w jaki sposób komunikuje się z dziećmi, większość rodziców i nauczycieli, powinna to być lektura obowiązkowa dla każdego dorosłego 😊

  • „Przestrzeń dla rodziny” (JESPER JULL)

Książka – wywiad z jednym z największych współczesnych autorytetów w dziedzinie wychowania. Ja z niej zapamiętałem to, że warto zaufać dzieciom. Wówczas one odpłacą nam tym samym.

  • „Rodzeństwo bez rywalizacji” (ADELE FABER & ELAINE MAZLISH)

Twoje dzieci bez przerwy się kłócą, dokuczają sobie i w kółko rywalizują? Już masz tego serdecznie dość i nie wiesz jak z tej sytuacji wybrnąć? Przeczytaj tę książkę – napisane w niej rady naprawdę działają (sam je wypróbowuję na swojej trójce dzieci i jestem zachwycony ich skutecznością).

  • „Twoja kompetentna rodzina” (JESPER JULL)

Znowu Jull. O tym, w jaki sposób być efektywnym przywódcą stada (naszego rodzinnego stada oczywiście 😊)

  • „Twoje kompetentne dziecko” (JESPER JULL)

Czy lepiej dziecku dać autonomię jeśli chodzi o rozwój jego umiejętności, czy też wytyczać mu i egzekwować działania rozwojowe? Na to pytanie znajdziecie odpowiedź w kolejnej książce Jespera Julla.

  • „Uśmiechnij się – siadamy do stołu” (JESPER JULL)

Twoje dzieci nie chcą jeść z Tobą posiłków, a zamiast szpinaku wolą frytki z keczupem? O tym pisze Jull i znów, nieco kontrowersyjnie, podpowiada, jak sobie w tej sytuacji radzić.

  • „W głębi kontinuum” (JEAN LIEDLOFF)

Indianie z plemienia Yequana wychowują dzieci w inny sposób niż my to robimy. A jednak wyrastają te dzieciaki na pogodnych, uśmiechniętych, spokojnych i szczęśliwych ludzi. Autorka docieka, jak to jest możliwe, że jacyś „dzicy” lepiej sobie radzą z wychowaniem dzieci niż my – cywilizowani i opływający w dostatki.

  • „Wolne dzieci” (PETER GRAY)

Co robić, aby dzieci były szczęśliwsze, bardziej pewne siebie i żeby lepiej się uczyły? To proste. Wystarczy dać im się bawić 😊

  • „Wychowanie bez nagród i kar” (ALFIE KOHN)

Kary i nagrody, jako podstawowe metody wychowawcze, pomimo radykalnych zmian społecznych i technologicznych wciąż się trzymają znakomicie. Korzystamy ze smartfonów, latamy w kosmos, złamaliśmy kod DNA, a metody wychowawcze dalej mamy XIX-wieczne.

  •  „Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci” (ADELE FABER & ELAINE MAZLISH)

Kolejny poradnik o tym, jak efektywnie porozumiewać się z dziećmi. Wszystkie rady super cenne. Sam z nich korzystam i  choć nie mówię, że nie miewam upadków wychowawczych, to czuję, że rodzicielstwo to fantastyczna i satysfakcjonująca przygoda!

A Wy co byście polecili? 🙂