Po co komu dzieci?

Kilka spraw się sprzęgło.

Po pierwsze coraz więcej mam pracy związanej z konsultacjami rodzicielskimi. Innymi słowy, pomagam, wspieram, doradzam rodzicom w ich wyzwaniach związanych z wychowywaniem dzieci.

Po drugie, w naszym kraju kolejna awantura. Tym razem idzie o sprawę aborcji. Zasadnicza oś sporu dotyczy tego, czy i w jakich warunkach można ją przeprowadzić. Natomiast oprócz tej oczywistości mnie interesuje jeszcze jedna rzecz.

Otóż – dlaczego jedni chcą mieć dzieci i się o nie starają, a inni wręcz przeciwnie???

I nie idzie tu o wartościowanie, co lepsze a co gorsze. Po prostu nurtuje mnie motywacja szczególnie tych pierwszych, ponieważ jeśli chodzi o tych drugich, to sprawa w wielu kwestiach została naświetlona z racji ostatnich wydarzeń.

Po trzecie, starzeję się chyba i zaczynam w różnych aktywnościach poszukiwać ich sensu. Sam posiadam trójkę cudownych dzieci. Ale w zasadzie, do tej pory, nie zastanawiałem się w głęboki sposób – po co, że tak to potocznie ujmę, mi one? Dlaczego się na to zdecydowałem? Jaka z tego dla mnie korzyść?

Odpowiedzi na te pytania wydają mi się absolutnie fundamentalne. W takim zakresie, że implikują nasze zachowanie w stosunku do naszych pociech. Nie warto zostawiać naszego zachowania w stosunku do innych (a szczególnie dzieci) przypadkowi i nastrojom chwili. Warto określić sobie credo, misję, która ma być realizowana poprzez nasze codzienne działania.

Ponadto na poziomie psychologicznym, jeśli moja postawa i filozofia rodzicielska będą zgodne z moimi realnymi zachowaniami – istnieje większe prawdopodobieństwo, że sam będę szczęśliwy i spełniony 🙂

MOTYWACJA DO POSIADANIA DZIECI

Przyjrzyjmy się motywom posiadania dzieci i co z nich wynika.

1. PROJEKCJA WŁASNYCH MARZEŃ

Są dwa rodzaje zawodów sportowych dla dzieci. Jedne to takie, w których rodzice uczestniczą i aktywnie dopingują . Są też takie, na których rodzice raczej nie mają wstępu (np. turniej międzyszkolny). W pierwszym przypadku mamy do czynienia z wrzaskami, wymachiwaniem rękami, ciągłymi komentarzami, awanturami. Nie dzieci są w centrum uwagi, lecz rodzice, którzy kradną show. W drugim przypadku mamy normalne zawody sportowe. Ktoś wygrywa, ktoś przygrywa. Czasami jest ostrzej, czasami bardziej zabawowo. Nic wielkiego.

Obserwacja rodziców, np. podczas meczu piłki nożnej pozwala wysunąć wniosek, że to nie są jakieś tam zwykłe zawody i jakiś tam zwykły mecz. To jest walka o honor rodziny i sukces na miarę zdobycia tzw. złotych kalesonów.

Skąd się to bierze? Prawdopodobnie dzieci są projekcją, niezrealizowanym marzeniem rodziców. Rodzic sukcesu sportowego nie odniósł? Nie szkodzi, po to są dzieci, żeby osiągnęły.

Rodzic nie bardzo miał talent muzyczny? Nie szkodzi! Dziecko się pośle na lekcje pianina w wieku 7 miesięcy i będzie ono sławnym pianistą.

Rodzic nie teges z nauką w szkole? Nie szkodzi!!! Dziecko będzie miało same piątki i szóstki.

To w sumie tak jakby rodzic je miał, co nie?

Takie podejście niesie konkretne implikacje wychowawcze. Jeśli dziecko jest koniem wyścigowym, który ma osiągać sukcesy, to można je jak konia traktować. Czyli raczej dbać, dobrze karmić, inwestować pieniądze, zatrudniać trenerów, poklepywać po pysku plecach, czasem dyscyplinować (jak nie chce trenować).

2. POTRZEBA BYCIA KOCHANYM/POSIADANIA WŁADZY

Dzieci są podobne do psów. Podobnie, jak te urocze czworonogi, dzieci kochają bezwarunkowo. Możesz być moralnym i społecznym bankrutem, a i tak dzieci na pierwszym etapie swojego życia tego nie widzą. Jesteś dla nich bogiem, niepodważalnym autorytetem, ostateczną wyrocznią. Decydujesz o ich życiu, zdrowiu, bezpieczeństwie. Jednocześnie masz absolutną pełnię władzy, a z drugiej, Twój poddany bezwarunkowo ją akceptuje. W domu otacza Cię cześć i chwała.

W takiej sytuacji, najważniejsze dla Ciebie to utrzymać władzę i autorytet jak najdłużej się da. Na początku jest łatwo. Potem, jak dziecko dorasta, zaczynają się schody. I tu rodzic ma dwie możliwości postępowania. Pierwsza to zrobić kolejne dziecko. Wtedy to starsze niech sobie marudzi, to nieważne. Młodsze wciela się w rolę kogoś, kto nas kocha bez względu na jakiekolwiek uwarunkowania.

Druga strategia, raczej słabo działająca, ale wiele rodziców zapewne ją stosuje, to wzmocnienie narzędzi opresji. Większość dyktatur, jak się społeczeństwo zaczyna buntować i nie kochać władzy, tak jak powinno, reaguje przemocą. Na dwoje babka wróżyła taka strategia. Na jakiś czas się dziecko uda zastraszyć. Ale na logikę, to rodzic jest coraz starszy i słabszy, a dziecko coraz bardziej rośnie i jest silniejsze. W końcu raczej i tak się przegra.

Jaka moja rada dla rodziców, chcących być bezwarunkowo kochanymi?

Sprawa prosta – w schroniskach czeka mnóstwo psiaków do adopcji.

3. WZORZEC KULTUROWY

W mojej rodzinie była trójka dzieci. Znaczy mam dwóch braci. Naturalne, instynktowne było dla mnie to, że sam będę miał trójkę dzieci. Bez zastanawiania się w ogóle, dlaczego taka liczba a nie inna.

Idziemy ustalonymi torami. W dzieciństwie przyzwyczajamy się do określonych sytuacji i bardzo trudno nam się z tych kolein wyrwać. Nawet jak mamy szansę zmienić coś na lepsze, to lęk przed nieznanym jest tak silny, że tkwimy w tym gorszym.

Dodatkowo wzorzec kulturowy panujący w naszym pięknym kraju jest taki, że jak ktoś nie ma dzieci, to zapewne jest z nim coś nie tak. Jeszcze mężczyznom jakoś to uchodzi, ale kobieta bez dziecka traktowana jest jako osoba, która nie ma szczęśliwego i satysfakcjonującego życia. Jakaś taka podejrzana…

Najczęściej, schematy rodzicielstwa, które zostały nam w głowie zaszczepione w dzieciństwie, przenosimy na realne zachowania wobec naszych dzieci. Czasem jest to wierna kopia zachowań naszych mam i tatów. Czasem, w akcie rozpaczliwego buntu, robimy wszystko na opak, żeby nie powtarzać błędów naszych rodziców. Tak czy owak, to te schematy dyktują, co mamy robić. Działamy w reakcji na nie, a nie z naszej własnej inicjatywy.

Moja rada – przyjrzyj się jaki schemat powielasz. Przenieś działanie instynktowne, podświadome do kory mózgowej i rozważ je. Porozmawiaj o tym z partnerem/partnerką, z dzieckiem, ze swoimi rodzicami. Wydobycie na światło dzienne naszej motywacji pomaga ją kształtować. Warto nadać sens naszym wyborom, a nie powielać schematy.

4. PRZYPADEK/WPADKA

Część osób ma dzieci, ponieważ los tak chciał. Niektórzy robią to specjalnie (np. nie decydując się na środki antykoncepcyjne i przyjmując, że w związku z tym jest duże prawdopodobieństwo ciąży), a inni, niespecjalnie (tzw. wpadka). Póki co w naszym kraju aborcja została niemal zupełnie zdelegalizowana, zatem dzieci z tzw. wpadek może być coraz więcej.

Podobnie jak w przypadku wzorca kulturowego, mamy tu przestrzeń na nadanie własnego sensu. Jeśli tego nie zrobimy, to nie tylko zrobimy dziecko przez przypadek, ale wychowamy je też „przez przypadek”.

5. KORZYŚCI FINANSOWE

Wiem, pojechałem. Ale rządzący mieli nadzieję, że jak dadzą 500+, to dzietność w kraju wzrośnie.

Heh – nie wzrosła…

6. NADAĆ SENS

Spłodzenie dziecka to czynność banalna. Jak wjechać kolejką na Gubałówkę. Z drugiej strony, jego wychowywanie to ściana K2 zimą. Nadanie sensu, rozważenie, po co ja to właściwie robię, myślę, że jest pierwszym krokiem, aby nasze relacje z dziećmi były zdrowe i wspierające.

Przyznam, że moim motywem, dlaczego się zdecydowałem na dzieci był wzorzec kulturowy. Teraz, czas na poważne podejście, zbudowanie wartości.

Postanowiłem, że moim osobistym celem jako rodzica jest wychowanie szczęśliwych i kompetentnych istot, które w swoim życiu będą przysparzać szczęścia innym.

Najważniejsze co z tego wynika to, że moje zachowanie w stosunku do dzieci muszę ciągle weryfikować pod kątem tego celu. Sprawdzać, jak to, co robię, przyczynia się do jego realizacji. Czy powinienem być bardziej wymagający, czy bardziej im „odpuszczać”? Czy organizować im czas, czy pozwalać im na ich inicjatywę? Czy traktować z szacunkiem, czy też raczej szacunku od nich wymagać? Czy kazać odrabiać prace domowe, czy pozwalać oglądać TV? Zachęcać czy zmuszać do uprawiania sportu?

Nie chcę, żeby przypadek i moje impulsy decydowały o odpowiedziach na te pytania.

A Wy? Po co macie dzieci?

Kwarantanna jakoś leci – świat przenosi się do sieci…

Z mieszaniną zdumienia i satysfakcji, usłyszałem jakiś czas temu w radio wiadomość, że pomimo wydanego przez władze zakazu, nadal ludzie gromadzą się w grupy. To w sumie nic niezwykłego na pierwszy rzut oka, ale okazało się, że często te zgromadzenia są tworzone przez młodzież.

Młodzież? Jak to młodzież?

Przecież w obliczu pandemii koronawirusa i nakazu siedzenia w domu, akurat młodzież powinna być zachwycona i z upodobaniem nakaz realizować. W takiej sytuacji już nic nie przeszkadza jej w siedzeniu w necie, graniu w gry komputerowe, przeglądaniu instagrama, czy co tam teraz jest popularne.

A tu jednak niespodzianka. Jacyś młodzi ludzie się spotkali bezpośrednio!

ŻYCIE W SIECI

Pewnego wtorku przeprowadziłem ciekawą dyskusję z uczniami klasy V i VI. Zapytałem ich o to, jak spędzili weekend. Odpowiedzieli, że grali w gry komputerowe. Zapytałem, ile się gra w gry? 4-6 godzin dziennie?

Grupa uczniów popatrzyła po sobie z niejakim rozbawieniem i czymś w rodzaju, no nie wiem, lekkiej pogardy dla mojej ignorancji.

Zapytałem ich, w czym rzecz? Czy coś powiedziałem nie tak? Jaka jest odpowiedź na to pytanie?

Otóż… Moje przypuszczenia okazały się bardzo niedoszacowane. Uczniowie stwierdzili, że  średnio spędzają na grach komputerowych kilkanaście godzin dziennie. Dla nich to norma… Nie widzieli w tym nic nadzwyczajnego. Dziwne im się wydało raczej, że ja mogę przypuszczać, że 4-6 godzin wystarczy. Stąd ich zdziwienie, że ja mogę myśleć inaczej.

Pomyślałem wówczas, że pewnie uczniowie wzajemnie przed sobą się popisują czy coś. Chcą zaimponować. Przecież to nie może być prawda.

I wtedy przeczytałem sobie raport firmy doradczej McKinsey & Company (do poczytania tutaj – oczywiście w internecie), z którego wynika że statystyczny Polak korzysta z tego medium 11 godzin dziennie!!!

No to właściwie, w czym problem z tą izolacją? I tak już jesteśmy wyizolowani. W metrze, jak się jedzie, to przecież każdy gapi się w smartfon, więc nawet jak kichnie, to najwyżej zarazi ekran…

7 RZECZY KTÓRE SMARTFON ROBI Z NASZYMI MÓZGAMI

Wydawało mi się, że zagrożenia związane z przebywaniem w sieci, i korzyści z bycia tu i teraz w realu, szczególnie dla dzieci i młodzieży są oczywiste i jasne. Ale okazuje się, że tak nie jest. No bo przecież, większość rodziców bez jakiejkolwiek kontroli pozwala dzieciom na korzystanie ze smartfonów. Maluchy pierwszy smartfon dostają najczęściej na pierwszą komunię.

Spotkałem się z wieloma przypadkami, że rodzice dają dzieciom urządzenia elektroniczne, aby móc je lokalizować i czuwać nad jego bezpieczeństwem. Jednocześnie otwierają na oścież drzwi do co najmniej równie niebezpiecznego świata cyfrowego i w tym świecie pozostawiają bez jakiegokolwiek nadzoru i wsparcia.

A jaki może być efekt przebywania w sieci przez 11 godzin dziennie? Publikacji na ten temat jest całe mnóstwo. Co z nich wynika, szczególnie dla dzieci?

1. MÓZG DZIAŁA GORZEJ

Internet jako wygodny i prosty sposób na rozwiązywanie różnych problemów powoduje, że nasz mózg nie trenuje rozwiązywania tychże problemów (np. nie musimy znać okolicy bo mamy Google Maps, nie musimy nic zapamiętać bo mamy natychmiastowy dostęp do wiedzy, nie musimy aktywnie przetwarzać informacji, bo robi to za nas procesor w komputerze itp. itd.). Ostatnio mam okazję oglądać w jaki sposób uczniowie wykonują prace domowe. Zwykle robią to poprzez kopiowanie treści z internetu. Nie zadają sobie  trudu, aby tę treść którą przepisują pojąć. Na ten przykład widziałem jak czwartoklasista dostał z historii pracę domową, polegającą na odpowiedzeniu na kilka pytań w zeszycie. Wziął więc te pytania wpisał w Google. Google udzielił na nie odpowiedzi, a on te odpowiedzi zwyczajnie przepisał, nawet nie fatygując się sprawdzić, czy mają one sens.

Proste? Proste! Po co ma się wysilać i coś zapamiętać, przetworzyć, przeanalizować, kiedy robi to za nas Google 😊

Zasób wiedzy internetowej jest dla nas przekleństwem, ponieważ powoduje, że nasz mózg staje się organem niepotrzebnym i nietrenowanym. Z nim jest trochę jak z mięśniami. Jak go nie trenujemy, to staje się słaby jak łącze od Neostrady.

2. GORZEJ BUDUJEMY RELACJE Z INNYMI

Ważnymi rzeczami, których się uczymy w toku dorastania są kompetencje społeczne. Korzystanie z internetu, niestety, tę naukę skutecznie upośledza. Uczymy się tych kompetencji i zachowań w świecie rzeczywistym poprzez bezpośredni kontakt z innymi ludźmi. W internecie natomiast zachowania i normy społeczne nie obowiązują, a kontakt nie jest bezpośredni. Generalnie można robić i pisać co się chce (fora internetowe to kopalnia inwektyw, głupot, obrażania innych, poniżania i takich tam). Wobec tego uczymy się, że właśnie brak jakichkolwiek norm jest normą także w realnym życiu.

Chcesz, żeby Twoje dziecko nie miało przyjaciół i nie potrafiło budować relacji z innymi. Daj mu smartfon do ręki i to najlepiej jak najwcześniej. Powchodzi sobie na różne fora internetowe, to się nauczy, jak się ładnie z innymi rozmawia.

3. ZWIĘKSZA SIĘ RYZYKO DEPRESJI

Badania dowodzą, że częste korzystanie z portali społecznościowych współwystępuje z depresją. Im więcej dzieci i młodzież mają znajomych na portalach społecznościowych tym mniej mają przyjaciół w realu. Co ciekawe, osoby, które wychowywały się w erze analogowej (tak jak większość dorosłych), tak nie mają. Dla nas portale społecznościowe są narzędziem do utrzymywania kontaktu z naszymi przyjaciółmi. Tych przyjaciół poznaliśmy wcześniej – w świecie realnym. U młodzieży natomiast coraz słabiej zachodzi proces nawiązywania relacji w świecie realnym. Nawiązują znajomości i przyjaźnie w świecie wirtualnym, bez odniesienia do rzeczywistości. Jeśli nie masz dobrych relacji z innymi w rzeczywistości, jesteś bardziej podatny na depresję. Wirtualni przyjaciele, okazuje się, zupełnie w tym aspekcie się nie liczą i nie stanowią grupy wsparcia.

4. IM WIĘCEJ GRANIA W GRY, TYM GORSZE STOPNIE W SZKOLE

Dla dużej części rodziców, dobre stopnie dziecka w szkole są kompensacją własnych niepowodzeń i porażek. Jest to naprawdę ważna rzecz, więc trochę na ten temat.

Chcesz, żeby Twoje dziecko miało słabe stopnie w szkole, bo pragniesz udowodnić, że jesteś wyluzowanym i nowoczesnym rodzicem? Daj mu grać w gry komputerowe! Zależność jest liniowa. Im więcej Twoje dziecko gra na komputerze, tym gorszych stopni się spodziewaj w szkole. Dodatkowo gry nie powodują jedynie pogorszenia ocen szkolnych. Powodują także większą izolację społeczną i rzadszy kontakt z innymi ludźmi (rodziną czy przyjaciółmi), co jak już pisałem w punkcie trzecim wiąże się z ryzykiem depresji.

Korzyść z grania jest zatem podwójna. Gorsze stopnie i większe ryzyko depresji 😊

5. CORAZ BARDZIEJ NIE OGARNIAMY

Życie w sieci znacząco osłabia naszą zdolność do koncentracji uwagi. Zwykle w internecie robimy kilka różnych rzeczy na raz. Kiedyś myślano, że to dobrze, bo rozwijamy tak zwaną multizadaniowość. Okazuje się jednak, że multizadaniowość to coś fatalnego. Badania dowodzą, że im więcej zadań jednocześnie wykonujemy, tym wykonujemy je gorzej. W internecie najczęściej robimy mnóstwo rzeczy na raz. Siedzimy na czacie, sprawdzamy wiadomości, odrabiamy lekcje, pracujemy, słuchamy muzyki, oglądamy filmiki i śledzimy najnowsze informacje o koronawirusie. Upośledza to naszą zdolność do koncentracji uwagi. A tylko dzięki niej potrafimy przetwarzać informacje na poziomie głębszym niż powierzchowny. Przetwarzanie głębokie natomiast to klucz do efektywnego operowania zasobami poznawczymi, generowania rozwiązań problemów i efektywnej nauki.

Rada – Jeśli nie interesuje nas przyswajanie wiedzy, generowanie rozwiązań dla różnych problemów i to, żeby nasz mózg pracował wydajnie, siedźmy jak najdłużej w necie.

6. NET TO NIE KOPALNIA WIEDZY, TO RACZEJ WYSYPISKO ŚMIECI

Wyszukiwarki internetowe i portale społecznościowe ograniczają nasz dostęp do informacji. Dostajemy takie wyniki, jakie wcześniej nam się podobały. Zatem jeśli uważam, że Ziemia jest płaska a witamina C (koniecznie lewoskrętna) leczy raka, to takie treści Google będzie mi podsyłać. Nie podeśle mi treści, które temu przeczą. Jeśli zatem ktoś uważa, że internet to źródło wiedzy i wszelkiego objawienia, to niech się puknie w głowę. W każdym razie, jeśli chcesz się dowiedzieć różnych głupot, nielogiczności i bzdur – natychmiast wchodź do internetu!

A propos… Stanisław Lem powiedział kiedyś – „Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów”. Co za trafna uwaga, prawda? Tylko, że nieprawdziwa. Wcale tak nie powiedział. Żadne źródło tego nie potwierdza. Oprócz oczywiście samego internetu.

7. WYCHOWANIE SEKSUALNE KWITNIE W SIECI

Szacuje się, że w Polsce średni wiek zetknięcia się z pornografią w sieci to około 10 lat. Zatem jeśli Twoje dziecko skończyło 10 lat, to prawdopodobnie już z pornografią się zetknęło, lub zetknie się lada chwila. Pracuję co nieco w szkole – IV, V klasa to wiek, kiedy dzieciaki wiedzą co i jak. Z netu oczywiście…

Stąd z niejakim rozbawieniem słucham o tezach różnych prawicowych polityków, że należy chronić nasze dzieci przed wychowaniem seksualnym w szkole, bo ponoć uczy się tam masturbacji, propaguje zgniły gender i same świństwa. Otoż jeśli już, to dwunastolatki takich rzeczy mogą uczyć dorosłych, a nie odwrotnie… Prawicowy polityku, nie bój się. Szkoła dzieci nie zgorszy. Wystarczy, że mają one smartfon pod ręką…

A tak w ogóle, to oczywiście w internecie, czytałem wywiad ze znanym seksuologiem, który powiedział, że nawet jak dziecku nie kupimy smartfona, to i tak mu koledzy pokażą na swoich, co tam ciekawego w sieci piszczy.

Fajna perspektywa, co nie?

JAK CHRONIĆ DZIECI PRZED TYMI ZJAWISKAMI?

To tak pokrótce o zagrożeniach. Pomyślmy, jak przed tym chronić nasze dzieci.

Ja niestety tego nie wiem.

Ale zaraz zapytam o to Google – na pewno coś znajdę i Wam napiszę…

Lista lektur o wychowywaniu

Obywatele i obywatelki!

W obliczu przymusowej izolacji, zachęcam wszystkich do wykorzystania tego czasu na rozwój wiedzy i umiejętności związanych z wychowywaniem naszych „pociech”. Myślę, że warto doskonalić swoje umiejętności jako rodzica, i z korzyścią dla siebie, i z korzyścią dla naszych dzieci.

Możemy ten czas wykorzystać choćby na wartościowe lektury dotyczące wychowywania i budowania pozytywnych relacji z dziećmi. Każdy przeżywa wzloty i upadki związane z byciem rodzicem. Warto, aby wzlotów było więcej, a upadków jak najmniej.

Poniżej znajdziecie listę lektur, które polecam, i które mnie ukształtowały jako rodzica i pedagoga.

Księgarnie internetowe jeszcze póki co działają, więc nie mamy ograniczeń, przynajmniej jeśli chodzi o czytanie!

Kolejność książek jest w porządku alfabetycznym. Dobrej lektury!

  • „7 nawyków szczęśliwej rodziny” (STEPHEN R. COVEY)

O tym, że można w relacjach rodzinnych zastosować kilka podstawowych zasad, które znacząco wpłyną na jakość naszej komunikacji. Te zasady są uniwersalne i działają zawsze. Jedną z nich jest np. „zanim coś powiesz, to wysłuchaj co druga strona ma do powiedzenia!”.

  • „Cyfrowa demencja” (MANFRED SPITZER)

O tym, jakie zagrożenia płyną ze strony technologii cyfrowych. Książka przerażająca, a nie jest to wcale horror… Czy staliśmy się niewolnikami internetu? Autor przekonuje, że niestety tak…

  • „Inteligencja emocjonalna” (DANIEL GOLEMAN)

Coś z psychologii też wrzuciłem. O tym, że o sukcesie nie decydują wcale kompetencje nauczane w szkole. Warto raczej skupić się na efektywnych relacjach z innymi i kształtowaniu umiejętności samokontroli.

  • „Jak mówić żeby dzieci nas słuchały” (ADELE FABER & ELAINE MAZLISH)

Biblia z obszaru wychowywania. Jeśli miałbym wskazać jedną książkę, z której czerpię najwięcej – to byłaby to właśnie ta!

  • „Neurodydaktyka” (MARZENA ŻYLIŃSKA)

O tym, w jaki sposób efektywnie uczyć innych oraz się uczyć. Książka absolutnie „must read” dla nauczycieli, pedagogów, dyrektorów, rodziców i wszystkich, których celem jest kształtowanie kompetencji dzieci i młodzieży.

  • „NIE z miłości” (JESPER JULL)

O stawianiu granic w atmosferze szacunku. Jespera Julla warto czytać wszystko, co napisał. Często są to kontrowersyjne tezy, ale zawsze dają do myślenia.

  • „Pozytywna dyscyplina” (JANE NELSEN)

Kolejna książka dotycząca generalnie podejścia do wychowywania dzieci w atmosferze szacunku i życzliwości. Patrząc na to, w jaki sposób komunikuje się z dziećmi, większość rodziców i nauczycieli, powinna to być lektura obowiązkowa dla każdego dorosłego 😊

  • „Przestrzeń dla rodziny” (JESPER JULL)

Książka – wywiad z jednym z największych współczesnych autorytetów w dziedzinie wychowania. Ja z niej zapamiętałem to, że warto zaufać dzieciom. Wówczas one odpłacą nam tym samym.

  • „Rodzeństwo bez rywalizacji” (ADELE FABER & ELAINE MAZLISH)

Twoje dzieci bez przerwy się kłócą, dokuczają sobie i w kółko rywalizują? Już masz tego serdecznie dość i nie wiesz jak z tej sytuacji wybrnąć? Przeczytaj tę książkę – napisane w niej rady naprawdę działają (sam je wypróbowuję na swojej trójce dzieci i jestem zachwycony ich skutecznością).

  • „Twoja kompetentna rodzina” (JESPER JULL)

Znowu Jull. O tym, w jaki sposób być efektywnym przywódcą stada (naszego rodzinnego stada oczywiście 😊)

  • „Twoje kompetentne dziecko” (JESPER JULL)

Czy lepiej dziecku dać autonomię jeśli chodzi o rozwój jego umiejętności, czy też wytyczać mu i egzekwować działania rozwojowe? Na to pytanie znajdziecie odpowiedź w kolejnej książce Jespera Julla.

  • „Uśmiechnij się – siadamy do stołu” (JESPER JULL)

Twoje dzieci nie chcą jeść z Tobą posiłków, a zamiast szpinaku wolą frytki z keczupem? O tym pisze Jull i znów, nieco kontrowersyjnie, podpowiada, jak sobie w tej sytuacji radzić.

  • „W głębi kontinuum” (JEAN LIEDLOFF)

Indianie z plemienia Yequana wychowują dzieci w inny sposób niż my to robimy. A jednak wyrastają te dzieciaki na pogodnych, uśmiechniętych, spokojnych i szczęśliwych ludzi. Autorka docieka, jak to jest możliwe, że jacyś „dzicy” lepiej sobie radzą z wychowaniem dzieci niż my – cywilizowani i opływający w dostatki.

  • „Wolne dzieci” (PETER GRAY)

Co robić, aby dzieci były szczęśliwsze, bardziej pewne siebie i żeby lepiej się uczyły? To proste. Wystarczy dać im się bawić 😊

  • „Wychowanie bez nagród i kar” (ALFIE KOHN)

Kary i nagrody, jako podstawowe metody wychowawcze, pomimo radykalnych zmian społecznych i technologicznych wciąż się trzymają znakomicie. Korzystamy ze smartfonów, latamy w kosmos, złamaliśmy kod DNA, a metody wychowawcze dalej mamy XIX-wieczne.

  •  „Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci” (ADELE FABER & ELAINE MAZLISH)

Kolejny poradnik o tym, jak efektywnie porozumiewać się z dziećmi. Wszystkie rady super cenne. Sam z nich korzystam i  choć nie mówię, że nie miewam upadków wychowawczych, to czuję, że rodzicielstwo to fantastyczna i satysfakcjonująca przygoda!

A Wy co byście polecili? 🙂

Pedofilia w Kościele i filmy rzeczywistsze niż rzeczywistość

Film „Tylko nie mów nikomu” jest dla mnie dołujący dwa razy bardziej niż powinien. Pierwsze zdołowanie to emocjonalna reakcja na widziane w filmie obrazy czy usłyszane wypowiedzi bohaterów. Pewnie większość z Was to przeżyła. Gniew, obrzydzenie, smutek i różne inne nieprzyjemne uczucia towarzyszące oglądaniu.

Drugie zdołowanie dotyczy natomiast tego, jak film został odebrany i co zmienił.

O tym drugim zdołowaniu chciałbym napisać.

KSZTAŁTOWANIE PRZEKONAŃ O OTACZAJĄCEJ NAS RZECZYWISTOŚCI

Zaczynając z grubej rury… Drodzy Czytelnicy, mam do Was pytanie. Na jakiej podstawie wyciągacie wnioski dotyczące otaczającego Was świata?

Na jakiej podstawie twierdzicie to, co twierdzicie? Skąd wiecie, że ziemia jest kulista, a nie płaska? Skąd wiecie, że lody czekoladowe są smaczne, a syrop na kaszel niekoniecznie? Skąd wiecie, że sąsiadka to plotkarka a sąsiad to pijak? Skąd wiecie, że pedofilia w Kościele jest zjawiskiem częstym, a na dodatek przez hierarchów kościelnych ukrywanym?

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, skąd się biorą Wasze sądy o świecie?

Na jakiej podstawie czerpiecie wiedzę o rzeczywistości?

Z jednej strony to filozoficzne abstrakcje, godne uniwersytetu, a z drugiej, ważne pytania, na które warto sobie odpowiedzieć. Ważne – bo rodzące implikacje praktyczne.

Te pytania zadajmy sobie w kontekście filmu panów Sekielskich.

W JAKIM STOPNIU FILM ODDAJE RZECZYWISTOŚĆ?

Zasadniczo mamy dwie drogi poznawania rzeczywistości. Jedna droga to droga empiryczna, druga – dedukcyjna. Droga empiryczna zasadza się na obserwacji zjawisk i wysnuwaniu na tej podstawie ogólniejszych wniosków o świecie. Na ten przykład obserwujemy, że w lato najczęściej dni są ciepłe, zatem wysuwamy wniosek, że generalnie w lato jest ciepło. Nawet, jak od czasu do czasu trafi się w sierpniu chłodny dzień, to i tak nie zmieni on naszego przekonania, że w lato jest ciepło.

Droga dedukcyjna opiera się na rozumowaniu, logice. Polega na tym, że na podstawie przesłanek wyciągane są wnioski. Głównie przydatna jest w naukach formalnych, do poznawania świata i zjawisk w nim występujących aż tak się nie przydaje.

Zobaczmy jak film wygląda pod kątem wyciągania na jego podstawie wniosków rozumując empirycznie. Przyznam, że nie jestem bardzo uważnym oglądaczem i nie sprawdzałem tego dokładnie, ale wychodzi, że w filmie mamy kilka, kilkanaście zeznań ofiar molestowania przez księży. Dodatkowo mamy dwóch księży, którzy się do tego przyznają i chyba dwa omówione przypadki wyroków sądowych skazujących duchownych (czyli,  że byli winni molestowania).

Zatem jak na liczbę trzydziestu tysięcy księży w Polsce (tyle podają internety), materiał dowodowy mający potwierdzać tezę, że pedofilia to zjawisko częste, jest strasznie słaby. Nie mamy też grupy kontrolnej, czyli nie wiemy jaki jest odsetek czynów pedofilskich wśród nieksięży.

Dodatkowo, akurat zasadne jest twierdzenie, że autorzy filmu są nieobiektywni. Dlatego są nieobiektywni, ponieważ z grupy 30 tysięcy przypadków (liczba księży), pokazują akurat tych, co czynią ohydę. Obiektywnie natomiast należałoby wylosować z tej grupy iluś tam księży (najlepiej dość dużą próbę) i o nich film zrobić. Tylko, że to byłoby pewnie okropnie nudne, bo przypuszczam, że większość wylosowanych duchownych siedziałaby w domu, czytała książki, oglądała TV, jadła obiad, chodziła do toalety, odprawiała msze i tym podobne dość nieciekawe historie.

Takiego filmu nikt by nie oglądał, więc sens jego robienia byłby żaden, bo filmy są od oglądania, a nie od pokazywania jaka rzeczywistość w istocie jest.

CZY FILM POTWIERDZA HIPOTEZY BADAWCZE?

Ani mi w głowie, lekceważyć temat, albo mówić, że pedofilia w Kościele nie istnieje (jak co niektórzy), ale akurat na podstawie filmu, takiego wniosku wyciągać nie możemy!

Tymczasem w mediach przetacza się fala wypowiedzi i działań różnych polityków, duchownych czy dziennikarzy w reakcji na film. Minister zaostrza wymiar kary za czyny pedofilskie, Episkopat przeprasza i śle listy, ludzie się oburzają.

Wszyscy jak jeden mąż przyjmują, że film potwierdził następujące tezy:

  1. Pedofilia w Kościele jest zjawiskiem częstym.
  2. Pedofilia jest zjawiskiem przez hierarchów kościelnych często ukrywanym.

Serio???

Takie wnioski na podstawie jednego filmu???

To tak jakby zrobić film o czterech zimnych deszczowych, lipcowych dniach i na tej podstawie napisać ustawę, że w lato należy jeździć na zimowych oponach…

MINISTER ZAOSTRZA KARY ZA PEDOFILIĘ, BO OBEJRZAŁ FILM

Jak już pisałem powyżej, absolutnie nie zamierzam negować zjawisk pokazanych w filmie. Chcę jedynie zaznaczyć, że film nie może ani potwierdzić, ani odrzucić stawianych hipotez. Jest filmem. Filmem niezłym. Wywołującym emocje. Trzymającym przy ekranie.

Ale na litość mroku! Jak można na podstawie filmu zaostrzać wymiar kary za czyny pedofilskie??? Dlaczego nie ma w tym żadnego pomyślunku? Jest tylko szybka, emocjonalna odpowiedź

Zresztą może to są decyzje słuszne, tego nie wiem. W sumie nikt tego na 100% nie wie.

Ale co by się stało, gdyby ktoś nakręcił podobny film, tylko z tezą przeciwstawną. Na przykład ukazujący kilkanaście osób wychwalających różnych księży. Dodatkowo dwóch księży, którzy coś fajnego i przydatnego zrobili, a dwóch, którzy zamiast iść do więzienia, na przykład dostali jakieś ordery od prezydenta za coś tam.

Też taki film mógłby powstać i też pokazywałby prawdę. Mógłby też powstać film o pedofilii wśród murarzy (według TVP to podobno jest grupa najbardziej pedofilska ze wszystkich). I też znalazłoby się w Polsce ze dwóch murarzy, którzy by się do tego przyznali i ze dwóch skazanych.

Czy to potwierdziłoby tezę stawianą przez TVP, że murarze obcowanie z cegłami przenoszą na obcowanie z nieletnimi? Absurdalne, co nie?

Straszne jest to, że film może wpływać na przekonania ludzi… Film… Nie własna obserwacja świata, nie badania naukowe, nie wypowiedzi autorytetów… Film…

A tak jeszcze na marginesie to film „Kler”, który jest już w ogóle fikcją (bo, uwaga, są to historie zmyślone przez scenarzystę – nie prawdziwe) też wzbudził wiele komentarzy i nawet reżyser się zwierzał, że dzwonią do niego księża i pytają o różne rady. Na co on im odpowiada, że zrobił film, jest reżyserem, zna się na reżyserowaniu a nie na naprawianiu Kościoła.

Wracając do meritum przyjmijmy, że film „Tylko nie mów nikomu” jest w dobrej wierze zrobiony i niesie pozytywne skutki. Ja przynajmniej tak sądzę. Ale równie dobrze można zrobić film w złej wierze, zakłamujący rzeczywistość. I taki film, jeśli jest dobrze zrobiony oraz trafia we wrażliwość odbiorcy, może okazać się wyrocznią i wszyscy w niego uwierzą. Na przykład, gdyby film Smoleńsk był niezły (na szczęście nie jest), to istnieje duże prawdopodobieństwo, że wiele osób przekonałby o wybuchach.

Zatem nie ma się z czego cieszyć, bo teraz wyszło dobrze, ale za chwilę może wyjść bardzo źle. Wystarczy nakręcić dobry film, a ludzie w niego wierzą bardziej niż w inne rzeczy.

ZANIM NAPISZESZ USTAWĘ – POMYŚL CHWILĘ!

Jak się pewnie domyśliliście, uważam, że filmy nie są właściwym materiałem, aby na ich podstawie wyciągać wnioski o rzeczywistości. Skąd natomiast rządzący i duchowni mogli się domyślać, że problem pedofilii w Kościele występuje? Ano, jeśli by trochę pomyśleć i porównać pewne zjawiska, to spokojnie, bez filmu, można dojść do następujących hipotez:

  1. Prawdopodobnie wśród księży jest wyższy odsetek osób popełniających czyny pedofilskie niż w innych grupach zawodowych.
  2. Prawdopodobnie, jeśli dochodzi do nadużyć popełnianych przez osoby duchowne, to spora ich część jest nieujawniana opinii publicznej.

Skąd to przekonanie?

Najpierw o tym, że pedofilia jest częstszym zjawiskiem niż gdzie indziej. Przekonanie moje wynika stąd, że badając grupy w izolacji społecznej (np. w więzieniach) okazuje się, że członkowie tych grup, nie mogąc rozładować napięcia seksualnego w „normalny” sposób, robią to niestandardowo (np. popełniając czyny homoseksualne). Księża są grupą wyizolowaną, nie mogącą rozładowywać napięcia seksualnego w „normalny” sposób, zatem część z nich, nie będąc pedofilami (czyli nie mając zaburzeń psychicznych na tym tle) będzie to napięcie rozładowywać w sposób dla nich możliwy. Akurat tak się składa, że większość księży pracuje z dziećmi i młodzieżą. I co jeszcze istotne, dzieci i młodzież są łatwiejsze do manipulowania czy zastraszania niż dorośli.

Czyli z punktu widzenia księdza, który sobie nie radzi z popędem, dzieci są idealnym obiektem do rozładowania tego popędu.

Druga sprawa to badania prowadzone w innych krajach na ten temat (bo w Polsce nie ma). Jeśli wychodzi, że w Irlandii czy USA wśród księży katolickich jest wyższy odsetek osób popełniających czyny pedofilskie, to prawdopodobnie w Polsce też tak jest. Oczywiście jest to prawdopodobne, ale nie na 100% pewne.

Trzecia rzecz to przekaz dziennikarski dotyczący tych kwestii. W wielu mediach, jeszcze przed filmem, można było przeczytać opinie, że Kościół w Polsce broni pedofilów. Zatem, będąc pedofilem (czyli osobą zaburzoną) i logicznie rozumując, wybiorę zawód księdza, gdyż być może będę chroniony. To jest również hipoteza wymagająca potwierdzenia, nie jestem tego na 100% pewny.

Tak czy owak, zebraliśmy trzy czynniki, które mogą zwiększać ryzyko wystąpienia tego problemu.

Ale to film wywołał burzę… A nie próba analizy sytuacji i determinant ludzkiego zachowania.

CZY KOŚCIÓŁ UKRYWA PEDOFILÓW?

Ludzie, po obejrzeniu filmu, właśnie tak uważają. Ja natomiast sądzę, że nie można na podstawie filmu tak sądzić.

Skąd natomiast moje przekonanie, że może tak być w istocie?

Warto odwołać się w tym przypadku do badań dotyczących zarządzania. Mianowicie Kościół jest organizacją silnie hierarchiczną. A organizacje hierarchiczne opierają się na silnie zbiurokratyzowanych procedurach, na przepływie informacji z góry na dół (czyli od szefów do podwładnych), na dążeniu do maksymalnej standaryzacji i trwałości. Błąd, wypaczenie jest łatwe do ukrycia, gdyż informacja właśnie idzie z góry na dół, a nie odwrotnie. Ważne, żeby papiery się zgadzały, a nie to, czy ktoś efektywnie czy nieefektywnie działa (tak w ogóle to podobnie jest np. w wojsku lub szkolnictwie).

Zatem szefowie (czyli biskupi i inni oficjele kościelni) mogą faktycznie nie zdawać sobie sprawy z patologii, która się dzieje na „dole”, bo te informacje do nich nie docierają. Oni też o to nie pytają za bardzo, bo ich to nie interesuje. Informacja płynie od nich, „z góry”. W takich organizacjach przyjmuje się założenie, że jak się wyda jakiś dekret (np. „Nie molestujcie kleryków”), to ten dekret jest automatycznie wdrażany w życie. Nie ma miejsca na nieposłuszeństwo, czy brak standaryzacji. Stąd wiele wypowiedzi duchownych osób, który utrzymują, że problem pedofilii nie istnieje w Kościele w ogóle. Ich myślenie jest silnie zdeterminowane standaryzacją. Jakiekolwiek odstępstwo od niej, nie mieści się w ogóle w głowie. Gdy takie nastąpi, to zamiast je ujawniać, to przenosi się księdza o złych skłonnościach na inną parafię, licząc, że tym razem „wszystko będzie dobrze”. Ja naprawdę nie zakładam, że ci co ukrywają, robią to z wyrachowania, czy jakichś podszeptów szatana. Oni to robią, ponieważ ich mózg, wiele lat trenowany w takich warunkach środowiskowych, a nie innych, inaczej nie umie.

Podsumowując ten długi wywód można przychylić się do twierdzenia, że struktura i kultura organizacyjna panujące w Kościele katolickim wpływają dodatnio na ryzyko ukrywania informacji, które są niezgodne z obrazem firmy.

CO DALEJ?

Pewnie nic, choć fajnie jakby coś. A to coś to eliminacja czynników wywołujących ryzyko. Na przykład można to zrobić poprzez następujące działania:

  1. Dać księżom możliwość wyładowywania napięcia seksualnego w cywilizowany sposób (np. znieść celibat).
  2. Ujawniać czyny pedofilskie, jeśli do takich dojdzie (akurat film dobrą robotę zrobił, że to ujawnił, choć powinien to zrobić Kościół)
  3. Zmienić kulturę organizacyjną w Kościele w kierunku mniejszej hierarchiczności.

Zapomniałbym o najważniejszym – to samo tyczy się murarzy…

Kim coach jest, a kim nie

Jednym z najpopularniejszych słów w ostatnich czasach jest coaching. Pojawia się w telewizji, w radio i wychyla się z domowych lodówek (jest dieta coaching, więc pasuje).

Nie mogę ignorować tematu coachingu zatem na mym blogu!

CZY JESTEM COACHEM?

Kilka lat temu ukończyłem kurs coachingowy a następnie poddałem się procesowi certyfikacji z pomyślnym zakończeniem. Zatem formalnie mogę się coachem nazywać. Jednocześnie nie pracuję jako coach. Owszem, korzystam z wielu narzędzi, które na owym kursie poznałem. Bardzo je cenię. Jednak siebie tak nie nazywam, gdyż raczej zajmuję się doradztwem, wsparciem psychologicznym, szkoleniami, diagnostyką itp.

Z drugiej strony moi znajomi uparcie tak na mnie mówią. Warto dodać, że są wśród tych znajomych osoby wykształcone, obeznane zarówno z językiem polskim i angielskim. Powinny wiedzieć, że definicyjnie nie wykonuję czegoś takiego jak usługa coachingowa.

Tylko nic sobie z tego nie robią.

ŚCISŁA DEFINICJA COACHINGU KONTRA HEDORA OGÓLNA DEFINICJA COACHINGU

Ścisła definicja coachingu stanowi, że jest to proces w którym uczestniczą najczęściej dwie osoby (coach i coachee). W tym procesie coach pomaga coachee osiągnąć pewne cele, najczęściej pracując metodą pytań. Te cele są różnej maści – czasem chodzi o podjęcie jakiejś decyzji, czasem o rozwijanie jakichś kompetencji, a czasem o większą skuteczność w czymś tam.

Ogólna definicja coachingu natomiast to „jakikolwiek procesrozwojowo-doradczo-szkoleniowy, w którym ktoś mówi komuś, co ma on robić, żeby być szczęśliwszym, bogatszym, efektywniejszym lub przystojniejszym”. Metody i narzędzia ogólnego coachingu obejmują w zasadzie wszystko co się da, łącznie z takimi formami i akcesoriami jak wykłady, pogadanki, szkolenia, szkoły przetrwania, ruchy parareligijne, MLM czy wróżbiarstwo.

Co zasadne, coachowie, nazwijmy ich ścisłymi, mają za złe coachom ogólnym zabranie im nazwy. Według coachów „ścisłych” coaching to nie jakaś pseudopsychologia, ani wtłaczanie ludziom do głów, że„wszystko jest możliwe”.

Coaching to proces w którym coach za pomocą pytań pomaga klientowi… itd.

Rzecz jednak w tym, że większość ludzi ma w głowie ogólną definicję coachingu.

CO MOŻNA Z TYM ZROBIĆ?

Można walczyć/edukować

I to jest podejście, które większość coachów ścisłych stosuje. Do tej pory także zaliczałem się do tego grona. Cierpliwie tłumaczyłem, że coaching to proces, w którym coach za pomocą wspiera coachee w osiąganiu pewnych celów pracując najczęściej metodą pytań itd. itd. Co z jednej strony ciekawe, a z drugiej martwi, to dość niska skuteczność tego działania. W sumie, część osób, którym to wytłumaczyłem, to ogarnęła. Ale zdecydowana większość jedynie posłuchała i dalej nie kapuje różnic pomiędzy jednym a drugim. Ile czasu może zatem minąć zanim dokonałaby się taka zmiana, że większość ludzi potrafiłaby rozróżnić coaching ścisły od tego ogólnego?

5 lat, 200 lat? A może nigdy?

Coaching w ścisłym rozumieniu jest w zasadzie dość nieciekawy.

Coaching ogólny jest ciekawszy, ma siłę przyciągania. Jeśli ktoś biega po scenie półnagi, krzycząc, wymachując rękami i mówiąc ludziom, że„mogą wszystko”, to jakie szanse przekonywania ma w tej konfrontacji coach „ścisły”, który mówi, że coaching to proces w którym coach za pomocą pytań wspiera coachee w osiąganiu pewnych celów itd. itd. ???

Można mieć to gdzieś

Chyba się nie da. Na facebooku strona ZDELEGALIZOWAĆ COACHING I ROZWÓJ OSOBISTY ma kilkaset tysięcy polubień. Jej autorzy, całkiem słusznie walczą z różnymi wariatami, nazywającymi siebie coachami. Działanie jest jak najbardziej OK, ale postronna osoba jak widzi taką stronkę, a potem ktoś jej mówi, że jest coachem, od razu ma w głowie coaching w rozumieniu ogólnym. Czyli bieganie po scenie, karty tarota, „wyślij SMS a napiszę Ci jak być nieśmiertelnym”. W sumie to nawet wstyd się przyznać, że jest się profesjonalnym coachem. Jeszcze wyśmieją…

Można się spoufalić

Wszystko jest dla ludzi, co nie? Czemu by nie powołaćPolskiego Związku Coachingu, w którym każdy, dosłownie każdy może znaleźć miejsce dla siebie. Wróż Maciej, profesor z Uniwersytetu, Mateusz Grzesiak, profesjonalny coach w rozumieniu coachingu ścisłego. Ja bym się proklamował szefem i żylibyśmy sobie w pokoju i ogólnej szczęśliwości 😊

Po co się kłócić, co nie?

Można zagrać mecz

Jeśli można urządzić walkę zapaśniczą w kwestii istnienia Absolutu, to równie dobrze można by zorganizować mecz np.w piłkę nożną pomiędzy coachami w rozumieniu ścisłym i coachami w rozumieniu ogólnym. Zwycięzca przejąłby prawo do nazwy na wieczność. Jest to rozwiązanie w mojej opinii najbardziej sprawiedliwe. Jednakowoż coachów ogólnych jest chyba więcej niż coachów ścisłych, zatem być może mieliby przewagę w selekcji piłkarzy do drużyny. Z drugiej strony coachowie ściśli metodą pytań mogliby skonfudować coachów ogólnych, tak że ci zaczęliby się zastanawiać nad odpowiedziami zamiast skupiać się na strzelaniu goli.

To mogłaby być arcyciekawa konfrontacja!

Można urządzić merytoryczną debatę

Można by zaprosić kilku przedstawicieli obu przeciwstawnych obozów do merytorycznej debaty, kto jest bardziej coachem, a kto jest mniej coachem. Od uczestników oczekiwalibyśmy rzeczowych argumentów, powoływania się na badania potwierdzające postulowaną tezę i logikę wywodu. Debata odbywałaby się w najlepszym czasie antenowym i po jej zakończeniu widzowie wysyłaliby SMSy (3 zł + VAT) popierające jedną bądź drugą stronę. Werdykt SMSowy byłby ostateczny i ta opcja, która w głosowaniu SMSowym by zwyciężyła, uzyskałaby prawo do nazwy „coaching” i „coach” na zawsze.

Można poprosić Radę Języka Polskiego o arbitraż

Rada Języka Polskiego to ciało złożone z profesjonalistów oceniających różne aspekty polszczyzny np. czy imię Yoda jest OK i można je dziecku nadać, czy nie. Fajnie by było gdyby językoznawcy wypowiedzieli się jaka jest definicja coachingu i to by mogło zamknąć sprawę.

Jednakże od razu nasuwa mi się wątpliwość.

Inny autorytet, taki jak Słownik Języka Polskiego PWN tak oto definiuje coaching:  [wym. kołczing] «aktywna współpraca szefa z pracownikiem w celu eliminowania błędów w pracy i wspierania rozwoju pracownika» .

Cóż… Ani to pasuje do coachingu w rozumieniu ścisłym, ani pasuje do coachingu w rozumieniu ogólnym. Wprowadza w zasadzie trzecie rozumienie pojęcia, czasem występujące, oznaczające reprymendę, naganę, opieprz. Pracownicy istotnie bardzo często jak dostają burę od podwładnych, to mówią „że właśnie zostali skołczowani”…

Zatem autorytety w sprawie języka polskiego być może średnio sobie radzą ze słowami pochodzącymi z języka angielskiego. Może przyjąć, że nie ma w polskim języku słowa coaching, a gdy tak ktoś mówi, w istocie przez chwilę, mówi po angielsku. I wtedy Rada Języka Angielskiego (której w sumie to nie ma, ale może kiedyś powstanie) musiałaby się w tym temacie wypowiedzieć.

Można zrobić kampanięreklamową zohydzającą coaching w rozumieniu ogólnym przeciwstawiając mu coaching w rozumieniu ścisłym lub odwrotnie

Według Polskiej Izby Firm Szkoleniowych w Polsce w 2012 roku było 1325,8 coachów w rozumieniu  ścisłym (oto źródło). Według portalu Wirtualne Media w 2015 roku w Polsce było już 4700 coachów. Estymując liniowo w 2018 roku powinno być w Polsce 8074,2 coachów. Gdyby każdy z nich wyłożył 1000 zł, to budżet na kampanię wyniósłby 8 074 200 zł. Oczywiście zakładam, że ten jeden coach, który jest coachem tylko w jednej piątej, zrzuca się też tylko częściowo – proporcjonalnie do tego, na ile jest coachem (czyli 1000 zł x 0,2 = 200 zł). Stąd zostaje nam ta końcówka 200 zł na drobne wydatki.

Za osiem milionów złotych można już zrobić porządną kampanięw internecie, outdoorze czy prasie. Nie wiem, czy starczyłoby na radio i TV (nie jestem ekspertem), ale chyba też można by iść w tym kierunku. Po dobrej kampanii reklamowej społeczeństwo w końcu by połapało, czym się różni coaching ścisły od coachingu ogólnego i że prawo do nazwy ma tylko ten pierwszy. Z drugiej strony ryzyko jest takie, że coachów w rozumieniu ogólnym przypuszczam, że jest więcej niż coachów w rozumieniu ścisłym. I jeśli oni by się zrzucali na kontrkampanię, to wtedy coachowie w rozumieniu ścisłym by tę potyczkę przegrali z uwagi na większy potencjał finansowy coachów w rozumieniu ogólnym. I to jest zagrożenie, które coachowie ściśli powinni uwzględnić.

Można wymyśleć inną nazwę

Coachowie ściśli mają jeszcze szansę na radykalne odcięcie się od coachingu rozumianego ogólnie poprzez wymyślenie innej nazwy na coaching. Niech sobie nazwę coaching wezmą wszelcy mówcy motywacyjni, astrologowie czy psychodietetycy. Batalia wygląda na przegraną, zatem należy znaleźć inne rozwiązanie/nazwę.

Można by zamiast słowa coaching mówić i upowszechniać np.:

  • bouching, gouching lub fouching (jako zupełnie nowe słowa, które jeszcze nic nie znaczą, więc nikt się nie będzie czepiał, że mu te słowo zabieramy) 
  • procoaching (dodanie czegoś przed samym rdzeniem słowa w stylu pro-, mega-, inter- jest zawsze fajne)
  • polcoaching (jako ukłon w stronę polskiej tradycji kapitalizmu, gdzie połowa firm w Polsce ma w nazwie pol-)
  • coachinex (również jako ukłon w stronę polskiej tradycji kapitalizmu, gdzie druga połowa firm ma nazwę kończącą się na –ex)
  • gnichaoc (coaching, ale wymawiany odwrotnie)

Po polsku nic sensownego mi nie przychodzi do głowy. Przywoływana wcześniej Rada Języka Polskiego proponuje słowo tutoring, które ani nie jest rdzennie polskie, ani nie znaczy to samo co coaching w rozumieniu ścisłym.

I to wszystko co wymyśliłem, ale nie wykluczam, że ktoś ma lepsze pomysły, jak z tym zrobić porządek.

NA MARGINESIE…

A tak w ogóle angielska nazwa coaching wzięła się podobno z węgierskiej miejscowości Kocs, gdzie produkowano jakieś czterokołowe bryczki, czy coś podobnego (po angielsku coach to także kareta, bryczka czy autobus).

Potem coachami byli trenerzy sportowi, którzy nadal są tak nazywani. Dla milionów ludzi na świecie coach oznacza właśnie trenera sportowego, a nie coacha w rozumieniu ścisłym, czy też w rozumieniu ogólnym.  Oglądam czasem mecze NBA i komentatorzy nie mówią na trenera „trainer” ale właśnie „coach”.

Ciekawe w sumie, że trenerzy sportowi się nie czepiają, że ktoś im zabrał nazwę i jej niewłaściwie używa…