Kim coach jest, a kim nie

Jednym z najpopularniejszych słów w ostatnich czasach jest coaching. Pojawia się w telewizji, w radio i wychyla się z domowych lodówek (jest dieta coaching, więc pasuje).

Nie mogę ignorować tematu coachingu zatem na mym blogu!

CZY JESTEM COACHEM?

Kilka lat temu ukończyłem kurs coachingowy a następnie poddałem się procesowi certyfikacji z pomyślnym zakończeniem. Zatem formalnie mogę się coachem nazywać. Jednocześnie nie pracuję jako coach. Owszem, korzystam z wielu narzędzi, które na owym kursie poznałem. Bardzo je cenię. Jednak siebie tak nie nazywam, gdyż raczej zajmuję się doradztwem, wsparciem psychologicznym, szkoleniami, diagnostyką itp.

Z drugiej strony moi znajomi uparcie tak na mnie mówią. Warto dodać, że są wśród tych znajomych osoby wykształcone, obeznane zarówno z językiem polskim i angielskim. Powinny wiedzieć, że definicyjnie nie wykonuję czegoś takiego jak usługa coachingowa.

Tylko nic sobie z tego nie robią.

ŚCISŁA DEFINICJA COACHINGU KONTRA HEDORA OGÓLNA DEFINICJA COACHINGU

Ścisła definicja coachingu stanowi, że jest to proces w którym uczestniczą najczęściej dwie osoby (coach i coachee). W tym procesie coach pomaga coachee osiągnąć pewne cele, najczęściej pracując metodą pytań. Te cele są różnej maści – czasem chodzi o podjęcie jakiejś decyzji, czasem o rozwijanie jakichś kompetencji, a czasem o większą skuteczność w czymś tam.

Ogólna definicja coachingu natomiast to „jakikolwiek procesrozwojowo-doradczo-szkoleniowy, w którym ktoś mówi komuś, co ma on robić, żeby być szczęśliwszym, bogatszym, efektywniejszym lub przystojniejszym”. Metody i narzędzia ogólnego coachingu obejmują w zasadzie wszystko co się da, łącznie z takimi formami i akcesoriami jak wykłady, pogadanki, szkolenia, szkoły przetrwania, ruchy parareligijne, MLM czy wróżbiarstwo.

Co zasadne, coachowie, nazwijmy ich ścisłymi, mają za złe coachom ogólnym zabranie im nazwy. Według coachów „ścisłych” coaching to nie jakaś pseudopsychologia, ani wtłaczanie ludziom do głów, że„wszystko jest możliwe”.

Coaching to proces w którym coach za pomocą pytań pomaga klientowi… itd.

Rzecz jednak w tym, że większość ludzi ma w głowie ogólną definicję coachingu.

CO MOŻNA Z TYM ZROBIĆ?

Można walczyć/edukować

I to jest podejście, które większość coachów ścisłych stosuje. Do tej pory także zaliczałem się do tego grona. Cierpliwie tłumaczyłem, że coaching to proces, w którym coach za pomocą wspiera coachee w osiąganiu pewnych celów pracując najczęściej metodą pytań itd. itd. Co z jednej strony ciekawe, a z drugiej martwi, to dość niska skuteczność tego działania. W sumie, część osób, którym to wytłumaczyłem, to ogarnęła. Ale zdecydowana większość jedynie posłuchała i dalej nie kapuje różnic pomiędzy jednym a drugim. Ile czasu może zatem minąć zanim dokonałaby się taka zmiana, że większość ludzi potrafiłaby rozróżnić coaching ścisły od tego ogólnego?

5 lat, 200 lat? A może nigdy?

Coaching w ścisłym rozumieniu jest w zasadzie dość nieciekawy.

Coaching ogólny jest ciekawszy, ma siłę przyciągania. Jeśli ktoś biega po scenie półnagi, krzycząc, wymachując rękami i mówiąc ludziom, że„mogą wszystko”, to jakie szanse przekonywania ma w tej konfrontacji coach „ścisły”, który mówi, że coaching to proces w którym coach za pomocą pytań wspiera coachee w osiąganiu pewnych celów itd. itd. ???

Można mieć to gdzieś

Chyba się nie da. Na facebooku strona ZDELEGALIZOWAĆ COACHING I ROZWÓJ OSOBISTY ma kilkaset tysięcy polubień. Jej autorzy, całkiem słusznie walczą z różnymi wariatami, nazywającymi siebie coachami. Działanie jest jak najbardziej OK, ale postronna osoba jak widzi taką stronkę, a potem ktoś jej mówi, że jest coachem, od razu ma w głowie coaching w rozumieniu ogólnym. Czyli bieganie po scenie, karty tarota, „wyślij SMS a napiszę Ci jak być nieśmiertelnym”. W sumie to nawet wstyd się przyznać, że jest się profesjonalnym coachem. Jeszcze wyśmieją…

Można się spoufalić

Wszystko jest dla ludzi, co nie? Czemu by nie powołaćPolskiego Związku Coachingu, w którym każdy, dosłownie każdy może znaleźć miejsce dla siebie. Wróż Maciej, profesor z Uniwersytetu, Mateusz Grzesiak, profesjonalny coach w rozumieniu coachingu ścisłego. Ja bym się proklamował szefem i żylibyśmy sobie w pokoju i ogólnej szczęśliwości 😊

Po co się kłócić, co nie?

Można zagrać mecz

Jeśli można urządzić walkę zapaśniczą w kwestii istnienia Absolutu, to równie dobrze można by zorganizować mecz np.w piłkę nożną pomiędzy coachami w rozumieniu ścisłym i coachami w rozumieniu ogólnym. Zwycięzca przejąłby prawo do nazwy na wieczność. Jest to rozwiązanie w mojej opinii najbardziej sprawiedliwe. Jednakowoż coachów ogólnych jest chyba więcej niż coachów ścisłych, zatem być może mieliby przewagę w selekcji piłkarzy do drużyny. Z drugiej strony coachowie ściśli metodą pytań mogliby skonfudować coachów ogólnych, tak że ci zaczęliby się zastanawiać nad odpowiedziami zamiast skupiać się na strzelaniu goli.

To mogłaby być arcyciekawa konfrontacja!

Można urządzić merytoryczną debatę

Można by zaprosić kilku przedstawicieli obu przeciwstawnych obozów do merytorycznej debaty, kto jest bardziej coachem, a kto jest mniej coachem. Od uczestników oczekiwalibyśmy rzeczowych argumentów, powoływania się na badania potwierdzające postulowaną tezę i logikę wywodu. Debata odbywałaby się w najlepszym czasie antenowym i po jej zakończeniu widzowie wysyłaliby SMSy (3 zł + VAT) popierające jedną bądź drugą stronę. Werdykt SMSowy byłby ostateczny i ta opcja, która w głosowaniu SMSowym by zwyciężyła, uzyskałaby prawo do nazwy „coaching” i „coach” na zawsze.

Można poprosić Radę Języka Polskiego o arbitraż

Rada Języka Polskiego to ciało złożone z profesjonalistów oceniających różne aspekty polszczyzny np. czy imię Yoda jest OK i można je dziecku nadać, czy nie. Fajnie by było gdyby językoznawcy wypowiedzieli się jaka jest definicja coachingu i to by mogło zamknąć sprawę.

Jednakże od razu nasuwa mi się wątpliwość.

Inny autorytet, taki jak Słownik Języka Polskiego PWN tak oto definiuje coaching:  [wym. kołczing] «aktywna współpraca szefa z pracownikiem w celu eliminowania błędów w pracy i wspierania rozwoju pracownika» .

Cóż… Ani to pasuje do coachingu w rozumieniu ścisłym, ani pasuje do coachingu w rozumieniu ogólnym. Wprowadza w zasadzie trzecie rozumienie pojęcia, czasem występujące, oznaczające reprymendę, naganę, opieprz. Pracownicy istotnie bardzo często jak dostają burę od podwładnych, to mówią „że właśnie zostali skołczowani”…

Zatem autorytety w sprawie języka polskiego być może średnio sobie radzą ze słowami pochodzącymi z języka angielskiego. Może przyjąć, że nie ma w polskim języku słowa coaching, a gdy tak ktoś mówi, w istocie przez chwilę, mówi po angielsku. I wtedy Rada Języka Angielskiego (której w sumie to nie ma, ale może kiedyś powstanie) musiałaby się w tym temacie wypowiedzieć.

Można zrobić kampanięreklamową zohydzającą coaching w rozumieniu ogólnym przeciwstawiając mu coaching w rozumieniu ścisłym lub odwrotnie

Według Polskiej Izby Firm Szkoleniowych w Polsce w 2012 roku było 1325,8 coachów w rozumieniu  ścisłym (oto źródło). Według portalu Wirtualne Media w 2015 roku w Polsce było już 4700 coachów. Estymując liniowo w 2018 roku powinno być w Polsce 8074,2 coachów. Gdyby każdy z nich wyłożył 1000 zł, to budżet na kampanię wyniósłby 8 074 200 zł. Oczywiście zakładam, że ten jeden coach, który jest coachem tylko w jednej piątej, zrzuca się też tylko częściowo – proporcjonalnie do tego, na ile jest coachem (czyli 1000 zł x 0,2 = 200 zł). Stąd zostaje nam ta końcówka 200 zł na drobne wydatki.

Za osiem milionów złotych można już zrobić porządną kampanięw internecie, outdoorze czy prasie. Nie wiem, czy starczyłoby na radio i TV (nie jestem ekspertem), ale chyba też można by iść w tym kierunku. Po dobrej kampanii reklamowej społeczeństwo w końcu by połapało, czym się różni coaching ścisły od coachingu ogólnego i że prawo do nazwy ma tylko ten pierwszy. Z drugiej strony ryzyko jest takie, że coachów w rozumieniu ogólnym przypuszczam, że jest więcej niż coachów w rozumieniu ścisłym. I jeśli oni by się zrzucali na kontrkampanię, to wtedy coachowie w rozumieniu ścisłym by tę potyczkę przegrali z uwagi na większy potencjał finansowy coachów w rozumieniu ogólnym. I to jest zagrożenie, które coachowie ściśli powinni uwzględnić.

Można wymyśleć inną nazwę

Coachowie ściśli mają jeszcze szansę na radykalne odcięcie się od coachingu rozumianego ogólnie poprzez wymyślenie innej nazwy na coaching. Niech sobie nazwę coaching wezmą wszelcy mówcy motywacyjni, astrologowie czy psychodietetycy. Batalia wygląda na przegraną, zatem należy znaleźć inne rozwiązanie/nazwę.

Można by zamiast słowa coaching mówić i upowszechniać np.:

  • bouching, gouching lub fouching (jako zupełnie nowe słowa, które jeszcze nic nie znaczą, więc nikt się nie będzie czepiał, że mu te słowo zabieramy) 
  • procoaching (dodanie czegoś przed samym rdzeniem słowa w stylu pro-, mega-, inter- jest zawsze fajne)
  • polcoaching (jako ukłon w stronę polskiej tradycji kapitalizmu, gdzie połowa firm w Polsce ma w nazwie pol-)
  • coachinex (również jako ukłon w stronę polskiej tradycji kapitalizmu, gdzie druga połowa firm ma nazwę kończącą się na –ex)
  • gnichaoc (coaching, ale wymawiany odwrotnie)

Po polsku nic sensownego mi nie przychodzi do głowy. Przywoływana wcześniej Rada Języka Polskiego proponuje słowo tutoring, które ani nie jest rdzennie polskie, ani nie znaczy to samo co coaching w rozumieniu ścisłym.

I to wszystko co wymyśliłem, ale nie wykluczam, że ktoś ma lepsze pomysły, jak z tym zrobić porządek.

NA MARGINESIE…

A tak w ogóle angielska nazwa coaching wzięła się podobno z węgierskiej miejscowości Kocs, gdzie produkowano jakieś czterokołowe bryczki, czy coś podobnego (po angielsku coach to także kareta, bryczka czy autobus).

Potem coachami byli trenerzy sportowi, którzy nadal są tak nazywani. Dla milionów ludzi na świecie coach oznacza właśnie trenera sportowego, a nie coacha w rozumieniu ścisłym, czy też w rozumieniu ogólnym.  Oglądam czasem mecze NBA i komentatorzy nie mówią na trenera „trainer” ale właśnie „coach”.

Ciekawe w sumie, że trenerzy sportowi się nie czepiają, że ktoś im zabrał nazwę i jej niewłaściwie używa…

Przychodzi coach do coacha

Drodzy Coachowie! Dzięki za komentarze do wczorajszego posta na facebooku w grupie COACH COACHOWI COACHEM dotyczącego tego, czy coachowie korzystają z coachingu w roli coachee. Hipoteza pierwotna brzmiała, że raczej rzadko, ale Wasze odpowiedzi bardzo silnie się z nią nie zgadzają. Co ciekawe powstał wątek rozróżniający bycie coachee z własnej nieprzymuszonej woli, a bycie coachee bo proces certyfikacji/ szkolenia tego wymaga.

Postarałem się jakoś te dwa rodzaje odpowiedzi ogarnąć i dokonać ich kategoryzacji. Nie było to łatwe, bo niektórzy odpowiadali minami, albo jakimiś wycieczkami osobistymi. Inni nie odpowiadali wprost tylko np. „Co to za coach co nie korzysta z coachingu samemu?” wartościując tę sytuację, a nie odpowiadając na temat tego jak w istocie jest.

Tak czy owak z kontekstu starałem się te odpowiedzi przypisać do którejś z 3 kategorii/opcji.

I tak…

OPCJA A – 38 osób deklaruje, że korzysta z coachingu w roli coachee z własnej nieprzymuszonej woli

OPCJA B – 10 osób deklaruje, że korzysta lub korzystało z coachingu w roli coachee, bo tego wymaga proces szkolenia/ certyfikacji

OPCJA C – 0 osób deklaruje, że nie było w roli coachee

Oczywiście metodologicznie te wyniki nie są bardzo wiarygodne (bo był bardzo silny nacisk społeczny osób deklarujących OPCJĘ A i B, badanie było robione przez facebook itp…). Ale myślę, że można przyjąć, iż spora część coachów korzysta z coachingu będąc w roli coachee.

A całe to pytanie zadałem, ponieważ myślę ostatnio o tym, jak to właśnie jest być doświadczonym trenerem, coachem, psychologiem, terapeutą i jednocześnie samemu być, jak to ktoś określił „tworzywem”, czyli osobą szkoloną, coachowaną. Mi osobiście bardzo to przeszkadza. Często się szkolę i od jakichś 10 lat, zamiast się interesować tematyką szkolenia, bardziej mnie interesują metody, narzędzia, formy, które trener wykorzystuje i co z tego jest OK, a co OK nie jest. Zamiast skupiać się na meritum, zapisuję najlepsze wzorce. Przetwarzam te pomysły, kombinuję, co można było zrobić lepiej, jak to wykorzystać w mojej pracy jako trener, doradca, psycholog itp.

Pomyślałem, że podobnie może być w pracy coacha. Jeśli na coachingu zjadłeś/ zjadłaś zęby, to samemu będąc coachee bardzo trudno jest wyjść z tych butów i poddać się procesowi as it is.

Na szczęście grupa osób coachowanych jest bardzo silna, więc na pewno macie doświadczenia właśnie z tą sytuacją. 🙂

I znów mam do Was pytanie, a właściwie dwa

  1. Jakie ryzyka/ zagrożenia wiążą się z tą sytuacją, że jesteś w roli klienta jednocześnie mając duży bagaż wiedzy i umiejętności coachingowych?
  2. Jakie macie metody na przezwyciężenie tychże ryzyk i zagrożeń?

Z góry dzięki za odpowiedzi !!!

 

Coaching niedyrektywny nie istnieje

Kilka lat temu miałem okazję uczestniczyć w kursie coachingowym. Generalnie oceniam go bardzo wysoko. Mnóstwo się wtedy nauczyłem o komunikacji, o słuchaniu, o braniu pod uwagę opinii innych osób. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że rozwinąłem się na tych zajęciach, a z wielu konceptów i narzędzi, których się wówczas nauczyłem korzystam do dziś. Zatem polecam właściwie każdemu, aby odbył kurs coachingowi, nawet jak coachem zostać nie zamierza. I tak wiele z niego wyniesie.

POCZĄTKUJĄCY COACH

Mimo tych pozytywnych opinii jakie przedstawiam, kurs był dla mnie ciężkim przeżyciem. Może to zresztą tak ma być, że szkolenia fajne i łatwe nie wnoszą wiele, natomiast te, na których musisz się napocić przynoszą wymierne efekty. A moje pocenie się i mordęga wiązały się z pewnym założeniem, które w pracy coachingowej istnieje. A owo założenie brzmi: Coach to osoba, która w żaden sposób nie kieruje pracą coachee i nie ma prawa podsuwać mu swoich pomysłów, preferencji, rad, oczekiwań itp.

Upraszczając, coach ma zadawać pytania, które pozwalają osobie coachowanej osiągnąć zamierzone rezultaty sesji. Coach ma być w pewnym sensie lustrem, w którym się coachee przegląda. Osobiste poglądy, przemyślenia i fantazje coacha odrzucamy, bo wpływają na coachowanego i mącą mu tylko.

Doradca/ trener/ konsultant/ mentor inaczej. Może, a wręcz powinien dawać rady, zabierać głos w sprawach istotnych dla klienta, służyć swoją ekspertyzą.

Już podczas jednego z pierwszych ćwiczeń w których wcielałem się w rolę coacha coś nie grało. Osoba coachowana wymyśliła otóż problem z tym, że brakuje jej czasu na regularną naukę języka angielskiego. Pytaniami zdiagnozowawszy sytuację, najrozsądniejszym wyjściem okazała się w tej sytuacji nauka języka w formie audio, w trakcie dojazdów do pracy autem. Ale osoba coachowana jakoś na to wpaść nie mogła. A coach nie może nic sugerować, więc temat krążył naokoło i naokoło. W końcu eureka! Coachowany wpadł na ten pomysł i się do niego zapalił. Coach poczuł wielką ulgę.

Jak oceniam tę minisesję z coachingowego punktu widzenia?

Z jednej strony efekty został osiągnięty – wypracowany został system nauki języka w trakcie dojazdu autem do pracy. Z drugiej, coach nie wcielił się w ogóle w rolę coacha, więc to nie był w zasadzie coaching. Coach wpadł na rozwiązanie i na dodatek odczuwał emocje. Najpierw zniecierpliwienie, że coachowany nie może wpaść na rozwiązanie, a potem ulgę, że w końcu to się udało.

Nie tak przecież powinien wyglądać coaching!

Więc przez cały kurs oraz kilka lat od czasu gdy go ukończyłem ćwiczyłem się w nieokazywaniu emocji, nie sugerowaniu klientom niczego, nie nakierowywaniu pytaniami na rozwiązanie jeśli miałem okazję pełnić rolę coacha.

 

COACHING NIEDYREKTYWNY NIE ISTNIEJE

Aż wreszcie ostatnio zrozumiałem, że to nie ma sensu. Nie wykorzenię mojej osobowości z procesu coachingowego. Nie będę nigdy lustrem, tak jak jest to zapisane w modelowym wzorze coachingu. Co więcej – nikt tego nie osiągnie, choćby nawet nie wiem jak się starał.

Coaching niedyrektywny nie istnieje!

Być może w odległej galaktyce są coachowie, którzy do perfekcji opanowali siebie i są gładcy jak szklanka. Nie sugerują, nie oceniają, nie dają rad, nie odczuwają emocji związanych z osobą coachowaną. Wówczas jednak musimy przyjąć pewne założenie:

  1. Albo nie są ludźmi
  2. Albo są swego rodzaju psychopatami (definiowanymi w tym przypadku jako osoby nie odczuwające emocji albo osoby nałogowo kłamiące, które potrafią ukryć całkowicie swoje prawdziwe emocje)

Prawdopodobnie jednak wszyscy coachowie to jednak ludzie, a przeważająca ich większość to osoby najzupełniej zdrowe psychicznie.

Możliwe jest jednak opanowanie do pewnego stopnia swoich wypowiedzi i trzymanie się zasad coachingu takich jak np. „nie oceniaj” na poziomie werbalnym. Czyli patrząc na stenogram rozmowy widzimy, że coach nie ocenia. To jest ekstremalnie trudne, ale być może nie niemożliwe.

Jest jednak obszar nad którym nie ma kontroli. To obszar pozawerbalny, najczęściej dotyczący mimiki twarzy.

 

MIKROEKSPRESJE

Mikroekspresje to mimowolne skurcze mięśni twarzy obrazujące emocje. Trwają od około 1/25 do 1/15 sekundy i są niemożliwe do świadomego zaobserwowania. To że ich nie widzimy świadomie, nie znaczy, że nie oddziałują na nas. Wielokrotne badania na temat ekspozycji podprogowych wykazują, że jesteśmy bardzo podatni na nią, oczywiście zupełnie nie zdając sobie sprawy z ich istnienia.

Łącząc fakt że ludzie nie panują nad mikroekspresjami, nawet jeśli bardzo się starają, z faktem, że mikroekspresje oddziałują na odbiorcę, mamy wniosek, że trudno mówić o niedyrektywnym coachingu. Jest on wręcz niemożliwy do zaistnienia. Jednocześnie jest bardzo trudny do uświadomienia.

Gdy coach jest zadowolony i akceptuje, to co mówi coachee mikroekspersja to zdradza. Coachee tego nie dostrzega, ale jego mózg znakomicie to rejestruje. Więc coachee jeszcze bardziej mówi to co coachowi się podoba, a coach coraz bardziej jest zadowolony „z postępów” coachee, czemu daje wyraz mikroekspresją.

Gdy po sesji zapytamy coacha, czy wpływał świadomie na coachee, z pełnym przekonaniem odpowie, że nie. Gdy spytamy coachee, czy czuł, że coach wpływa na niego, również z całą pewnością powie, że nie. A rzeczywistość będzie zupełnie inna od ich wyobrażeń.

 

SZKODLIWOŚĆ COACHINGU NIEDYREKTYWNEGO

I tu jest największy problem. Że obie strony nie zdają sobie sprawy z działania tego mechanizmu. Są więc podatne na jego wpływ bez wiedzy o tym, że taki wpływ istnieje. Coach łamie podstawową zasadę „niedyrektywności”, w taki sposób, że coachowany w ogóle tego nie dostrzega. Swoje nieświadome projekcje imputuje nieświadomości coachee. Być może nawet w większości przypadków efekt tego działania jest pozytywny. Ale nie uzyskujemy go sposobem, na który się umówiliśmy, że go zastosujemy.

 

ROZWIĄZANIE

Co więc proponuję?

Pierwsza opcja to granie przez coacha w otwarte karty. Nie chowaj swoich przemyśleń do kieszeni – otwarcie mów coachowanemu o tym, co ty sądzisz. Wówczas oczywiście wpływasz na niego. Ale wpływasz otwarcie i coachowany ma wybór, czy się z tobą zgadzać, czy nie. Jeśli nie jesteś otwarty wobec coachowanego, paradoksalnie, nie dajesz mu szans na podejmowanie świadomych decyzji.

Druga opcja to coaching przez telefon. Wtedy mikroekspresje nie są dla osoby coachowanej odczuwalne. Oczywiście dalej to, w jaki sposób zadajesz pytania, na jaki obszar zwracasz uwagę, jak operujesz tonem głosu może wpływać na osobę coachowaną. Niemniej jednak łatwiej to wychwycić. Jest to, tak jak wspomniałem na początku, piekielnie trudne, ale nie niemożliwe

Rozwój osobisty czy show business?

 

COACH CZY NIE COACH?

Mówcy motywacyjni. Lubią się oni określać mianem coachów, co coachów faktycznie coachingiem się parających irytuje. Prawdziwi coachowie utrzymują, że coaching z występami przed szeroką publicznością nie ma nic wspólnego. Niemniej jednak w społeczeństwie chyba się przyjęło traktować mianem „coacha” osoby, które tak czy owak zajmują się rozwojem innych. Np. znanego powszechnie Mateusza Grzesiaka i jemu pokrewnych.

Z innej beczki. Nawet ja jestem czasem określany mianem coacha przez niektórych znajomych, którzy wiedzą tylko tyle, że zajmuję się jakimś rozwojem, badaniami, szkoleniami, HRem itp. Co ciekawe kurs coachingowi przeszedłem i nawet mam certyfikat, ale nie prowadzę sesji coachingowych sensu stricto.

Ale nie o definicjach rzecz będzie. Podział między prawdziwymi coachami i pseudocoachami rysuje się wyraźny i przejrzysty. Nie jest to temat który wymaga dodatkowych analiz.

 

SZKODLIWOŚĆ MÓWCÓW MOTYWACYJNYCH

Chciałbym natomiast poruszyć kwestię tego, na ile owi pseudocoachowie, czy też mówcy motywacyjni szkodzą. Polaryzacja związana z nazewnictwem uzewnętrznia się wyraźnie w ocenie ich pracy. Oni sami, oraz rzesze ich zwolenników twierdzą, że czytanie książek o tematyce motywacyjnej, słuchanie wykładów, uczęszczanie na eventy itp. znacząco podnoszą efektywność zawodową, pozwalają na odnoszenie sukcesów, sprawiają, że zarabiamy więcej pieniędzy itepe itede.

Osoby wgłębiające się nieco bardziej w tematykę, twierdzą, że to bujdy na resorach, czary-mary, hochsztapleria i po prostu oszukiwanie. Co więcej, te praktyki mają wysoką szkodliwość społeczną. Celem tego całego biznesu jest ciągnięcie pieniędzy od nieświadomych uczestników.

No dobrze… ale gdzie leży prawda? Mamy jakieś badania na ten temat? Co jest oszustwem a co nim nie jest? Czy ludziom udział w wykładach Pana Mateusza Grzesiaka szkodzi czy pomaga?

Odpowiedź: Badań sensownych nie mamy. W Polsce do tej pory nikt się tego nie podjął. Posiłkować się tu musimy tylko naszym rozumem.

Odwołam się w takim razie do rzeczy logicznych lub też drzewiej udowodnionych.

 

POTRZEBA POSIADANIA NADZIEI

Dwa prawidła psychologiczne możemy zaprząc do analizy zjawiska.

Pierwsza zasada, która mi na myśl przychodzi brzmi, że ludzie potrzebują mieć nadzieję. I jest to coś, co zapewniają wszelkiej maści mówcy motywacyjni. Często nam mówią o tym, jaki to w nas tkwi niezrealizowany potencjał. Jak to już niedługo dzięki ich radom, ten potencjał się uaktywni. Jak to zaraz będziemy bogaci, szczęśliwi, zdrowi. Czyli krótko mówiąc dają nam nadzieję, że to co jest teraz, to nic, bo świetlana przyszłość przed nami.

Ale zaraz, zaraz… Czy nie to samo mówią nam religie? Czy nasze życie nie jest preludium rajskiej szczęśliwości? Albo czy nie o tym mówią wielcy przywódcy? Czy nie myślimy często że nasze ukochane kluby sportowe, choć teraz przegrywają, ale już, już niedługo to się zmieni i na pewno zdobędą mistrzostwo? Albo że teraz w Polsce jest źle bo rządzi partia X, ale po wyborach partia Y dojdzie do władzy i na pewno będzie lepiej?

W takim razie, czy coś złego jest w tym, że jako ludzie chcemy mieć nadzieję na lepsze jutro? Chyba nie. Albo inaczej. Jest to tak głęboko w nas, że właściwie my jako ludzie nie umiemy inaczej. I cały ten biznes związany z rozwojem osobistym do tak pierwotnej, powszechnej potrzeby się odnosi i ją zaspokaja, że można śmiało twierdzić, iż póki ludzkość istnieje, będzie on prosperował. Ewentualnie zostanie zastąpiony czymś innym, co podobną funkcję spełniać będzie.

Drugi aspekt dotyczy tego, że jak mamy nadzieję, to nie wnikając w definicje, jesteśmy szczęśliwsi. I nieważne, że nadzieja jest oparta na wątpliwych przesłankach albo na złudzeniach, czy wręcz oszustwie. Ta wiara w wątpliwe przesłanki, w iluzje, pozwala nam, o dziwo, na satysfakcjonujące życie. Różni nas od ludzi, którzy są w klinicznej depresji. Oni postrzegają świat realnie (to także jest naukowo udowodnione). Pytanie tylko, czy wolimy być nieszczęśliwymi realistami czy szczęśliwymi naiwniakami?

I jeszcze coś. Wyobraźmy sobie grupę zagubionych na pustyni wędrowców. Powoli kończą im się zapasy wody, sił zaczyna brakować. Nie wiedzą gdzie są i w którą stronę mają iść. Co chwila ktoś upada i inni muszą go na swoich barkach nieść. Powoli oswajają się z myślą o tym, że przepadną i koniec jest bliski.

Wtem… ich oczom ukazuje się oaza.

Nabierają nagle sił i idą w jej kierunku. Dochodzą i nic… To była iluzja, optyczne złudzenie. Fatamorgana.

Ale na horyzoncie tli się jakiś niepewny zarys. Chyba znów oaza. Znów więc do niej zmierzają. I znów nic, ale majaczą w oddali jakieś drzewa. Więc znów idą a cykl się powtarza.

Jak ocenilibyśmy ich szanse na przeżycie? Wygląda na to, że jednak są minimalnie wyższe niż tych, którzy się poddadzą i się zatrzymają.

Może w końcu trafią na prawdziwe wybawienie?

A może tą fatamorganą jest pan Grzesiak i jemu pokrewni?

 

SHOW BUSINESS

A co jeśli skategoryzujemy całą branżę mówców motywacyjnych jako element show businessu? Wówczas puzzle by się nam idealnie układały. Na spędzie motywacyjnym główny przekaz jaki otrzymujemy uderza w nasze emocje. Mówcy motywacyjni wyzwalają w audytorium całą ich gamę – euforię, płacz, śmiech, dumę itp. Zupełnie jak na spektaklu teatralnym lub na koncercie!

Czy jest coś złego w tym, że chcemy być bawieni i chcemy, aby ktoś emocje w nas wywoływał. Zupełnie nie! Po obejrzeniu filmu czy spektaklu o w miarę pozytywnym przesłaniu mamy lepszy nastrój, czujemy się zwyczajnie szczęśliwsi. A przecież dobrze wiemy, że to nie było naprawdę! Że aktorzy to nie bohaterowie i że tę całą mistyfikację robią dla nas.

Przecież tak samo można interpretować zachowania mówców motywacyjnych. Najważniejsze co ma się rzucać w oczy podczas ich wystąpień to forma, a nie treść. Ma być fajnie, wesoło i zaskakująco. Jak w dobrym kinie.

Czy jakiś film odmieni nasze życie? Nie. Ale radości możemy mieć z niego wiele.

 

OCENA OGÓLNA

Zatem oceniając zjawisko trudno mi o jednoznaczne potępienie i negację, tak jak czyni to wiele moich kolegów czy koleżanek. My jako ludzie, jakkolwiek głupio to brzmi, chcemy być oszukiwani. Albo dlatego, że potrzebujemy mieć nadzieję, albo po to aby się zwyczajnie dobrze bawić.

Kiedy zjawisko można oceniać natomiast jako zdecydowanie negatywne?

Wówczas gdy będzie uzależniało i to być może się dzieje, choć twardych danych w Polsce na to nie ma. Czyli jeśli są osoby uzależnione od oglądania seriali, tak samo mogą być osoby uzależnione od oglądania i słuchania mówców motywacyjnych. Im bardziej taki mówca uzależnia (np. mówi o sposobach na sukces, ale dopiero w następnym wystąpieniu które kosztuje 5 razy drożej), tym bardziej na niego uważaj i bądź podejrzliwy.

A jeśli chcesz się dobrze bawić – baw się dobrze na wystąpieniu i czerp przyjemność z tego, choć wiedz, że zmiany w życiu dzięki temu nie uzyskasz.