Czy im więcej zarabiasz, to tym lepiej pracujesz?

Jeśli zapytamy ludzi w ankietach pracowniczych o to, czy chcieliby więcej zarabiać, albo czy są zadowoleni ze swojego obecnego wynagrodzenia – prawie wszyscy odpowiedzą, że poziom wynagrodzenia ich nie satysfakcjonuje. Nieważne, czy pytamy osoby relatywnie dużo zarabiające (np. menedżerów), czy osoby zarabiające relatywnie mało (np. nauczyciele).

Wszyscy jak Polska długa i szeroka chcą zarabiać więcej!

To ma oczywiście sens z punktu widzenia psychologii. Generalnie szybko się przyzwyczajamy do dotychczasowej sytuacji i chcemy czegoś więcej. Zatem prawo oczekiwania wyższej pensji nie jest uwarunkowane realną sytuacją, ale ma silne zakorzenienie w psychice człowieka.

A jak coś jest mocno zakorzenione w psychice i zależy od tego, jak człowiek świat spostrzega, a nie jaki faktycznie świat jest, to znaczy, że trudno dojść do obiektywnych miar w tym zakresie. Każdy to postrzega ze swojego punktu widzenia – bardzo subiektywnie. I każdy subiektywnie ma prawo twierdzić, że wyższa pensja mu się należy.

KIEDY PODWYŻSZAĆ PENSJE?

Oto jest kluczowe pytanie dla osób zarządzających przedsiębiorstwami, albo np. rządu, który teraz pewnie myśli (albo i nie myśli, ale powinien 😊), czy jeśli ludzie oczekują wyższego wynagrodzenia, to powinno im się je dać?

Odpowiedź jest psychologicznie prosta. To zależy…😊

W niektórych przypadkach tak, a w niektórych przypadkach nie.

NA CO WPŁYWA PODWYŻSZENIE ZASADNICZEGO WYNAGRODZENIA?

Co się dzieje wtedy, gdy podwyższamy pensje? Przede wszystkim ludzie są bardziej zadowoleni. Cieszą się i na chwilę nie domagają się więcej. Potem, kiedy dochodzi do przyzwyczajenia się do dobrego, znów oczekują wyższych pensji.

Niestety jedna rzecz, kluczowa dla pracodawców, się nie zmienia. Mianowicie ludzie nie są bardziej zaangażowani czy zmotywowani do pracy. Są jedynie bardziej zadowoleni, ale nie pracują lepiej.

Zatem krótkoterminowo nie warto podwyższać pracownikom pensji! Z tego punktu widzenia obecny rząd dobrze robi, nie dając nauczycielom podwyżek. Prawdopodobnie nie zmienią one nastawienia nauczycieli do pracy. Jeśli ktoś był zmotywowany, to dalej będzie. A jeśli ktoś nie był, to dodatkowe 1000 zł mu nie pomoże, w tym żeby być bardziej zaangażowanym.

DŁUGOTERMINOWY EFEKT PODWYŻSZANIA PENSJI

Natomiast podwyższanie zasadniczych pensji wpływa długoterminowo, strategicznie. Mają tu znaczenie mechanizmy rynkowe. Otóż, jeśli podniesiemy pensje pracownikom, to będą oni mieli mniejszą chęć odejścia z firmy. Dodatkowo, większą chęć przyjścia do danej pracy będą miały osoby, które chcemy przyciągnąć.

Czyli podwyższanie pensji ma sens w przypadku, jeśli ludzie zaczynają nam odchodzić z firmy, a tego nie chcemy. Lub też chcemy przyciągnąć ludzi do firmy. Ale nie wpływa to na sposób wykonywania pracy. Ludzie tak czy siak pracować będą tak samo.

CZY PODWYŻSZAĆ PENSJE NAUCZYCIELOM? (Z PUNKTU WIDZENIA RZĄDU)

Czy nam się to podoba, czy nie, to odpowiedź na to pytanie powinna podlegać chłodnej kalkulacji (o  chłodnych kalkulacjach z przymrużeniem oka pisałem tutaj). Mianowicie trzeba dokonać przeliczenia, ile nauczycieli odchodzi z zawodu po roku, dwóch, trzech itd.?

Ile jest wakatów? Ile kosztuje wakat nauczycielski? Ile kosztuje spełnienie postulatów nauczycieli teraz i w przyszłości? Jak się kształtuje demografia? Ilu nauczycieli potrzeba teraz a ilu będzie potrzebnych za 5, czy za 10 lat?

Jeśli liczby i prognozy wskazują, że zacznie nauczycieli brakować i że masowo odchodzą oni z zawodu, to wtedy warto podwyżki dawać. Jeśli prognozy wskazują, że nie ma takiego zagrożenia – niestety, rząd biorąc pod uwagę te wskaźniki, ugiąć się nie powinien.

Takie kalkulacje dają nam pewną równowagę ekonomiczną, związaną z popytem (czyli liczbą nauczycieli) a podażą (czyli ilu ich potrzeba). Jeśli jest stan równowagi to pensji nie trzeba podwyższać. Można tylko zadać pytanie, czy nie lepiej jest, aby stan nie był w równowadze, lecz, aby potencjalnych nauczycieli było więcej niż wakatów. Wówczas dyrektor szkoły ma możliwość zatrudnienia lepszego nauczyciela, bo ma wybór. Jeśli zgłasza się średnio 1 nauczyciel na stanowisko, wyboru dyrektor nie ma. Bierze nauczyciela w ciemno. Nieważne czy jest on kompetentny czy nie. A jest to niedobre z długoterminowego punktu widzenia, ponieważ gorsi nauczyciele równają się gorszym kompetencjom przyszłych absolwentów szkoły. A to ekonomicznie gorszy zasób ludzki, mniejsza efektywność gospodarki i mniej pieniędzy na oświatę z podatków. Błędne koło się kręci.

Ale to rozważania strategiczne. Czy politycy myślą w ten sposób?

Biorąc pod uwagę, że jest to właśnie polityka, a jej celem jest często utrzymanie lub zdobycie władzy przez polityków, a nie dobro jednostki, którą zarządzają, to kalkulacji prawdopodobnie podlega, ile pieniędzy kosztuje głos obywatela z danej kategorii.

Rządzącym prawdopodobnie bardziej kalkuluje się „kupować” głosy rodziców (poprzez program 500+) czy emerytów (poprzez trzynastą emeryturę). Być może te grupy są bardziej „niepewne”, labilne wyborczo, a nie nauczyciele, którzy być może nie są do kupienia, bo czy dostaną podwyżkę, czy nie, to na ekipę rządzącą głosować nie będą. Wtedy nie warto spełniać ich postulatów, tylko wziąć strajk na przetrzymanie. Jest to cyniczne podejście, ale niestety prawdopodobne…

A CO POWODUJE ŻE LUDZIE SĄ BARDZIEJ ZAANGAŻOWANI?

W pracowniczych badaniach ankietowych można zbadać, co wpływa na podwyższenie poziomu zaangażowania pracowników. Pisałem już o tym więcej tutaj, ale się przypomnę.

Żeby ludzie byli bardziej zmotywowani i zaangażowani trzeba:

  1. Dawać możliwości rozwoju w pracy (nawet na najniższych stanowiskach!)
  2. Dawać możliwość wykorzystania swoich kompetencji na posiadanym stanowisku
  3. Rekrutować osoby, które osobowościowo są bardziej zmotywowane i zaangażowane (czyli na poziom zaangażowania wpływamy rekrutując zaangażowanych ludzi!)
  4. Dawać możliwość wpływania na podejmowane w organizacji decyzje
  5. Kreować dobrą współpracę w organizacji
  6. I co kluczowe w kontekście tego postu – Kształtować system wynagradzania powiązanego z efektami pracy (a nie podwyższać stałą pensję!)

Więc jeśli rządowi zależy, aby nauczyciele byli bardziej zaangażowani i zmotywowani. Aby pracowali lepiej, mieli lepsze efekty kształcenia i wychowania musi zapewnić te 6 powyższych rzeczy.

Jeśli natomiast prognozy wskazują, że nauczycieli zabraknie, to powinien podnieść zasadnicze wynagrodzenie.

Jeśli jednak to pierwsze nie jest priorytetem rządu, a drugie się wedle prognoz nie wydarzy, to nauczyciele nie mają szans na realizację swoich postulatów.

Ile powinien zarabiać nauczyciel?

Ciekawe czasy nastąpiły. Trwa spór nauczycieli z rządem na temat tego, ile nauczyciel powinien zarabiać. Obie strony się zgadzają, że teraz nauczyciel zarabia za mało. Różnice są tylko takie, że rząd uważa, że na duże podwyżki nie ma pieniędzy, a nauczyciele twierdzą, że to się jakoś da zrobić. Nie wiem, czy się da, czy się nie da, bo ministrem finansów nie jestem. Natomiast warto policzyć bez emocji, ile nauczyciel powinien zarabiać.

WARTOŚCIOWANIE STANOWISK PRACY

W cywilizowanych obszarach życia zawodowego (takich jak np. sektor prywatny) do tematu zarobków podchodzi się właśnie na chłodno. Istnieje mianowicie metoda zwana wartościowaniem stanowisk pracy, która pozwala w sposób analityczny stwierdzić, jakie pieniądze jest sens płacić osobie, która piastuje daną posadę.

Na marginesie… Jeśli ktoś się obraził za to, że napisałem, iż cywilizowanym obszarem życia zawodowego jest sektor prywatny (nie wprost sugerując, że tak nie jest w sektorze publicznym), to przepraszam. Nie chciałem nikogo obrażać. Zwróciłbym jedynie uwagę na komplikację systemu wynagradzania nauczycieli. Wydaje mi się, że jest to kompletna dżungla. A dżungla raczej z cywilizacją się nie kojarzy.

Postulowana przez nauczycieli podwyżka niestety tej zapisanej w Karcie Nauczyciela dżungli nie wykarczuje. Po prostu będą więcej zarabiać, ale system jak był nieczytelny, tak dalej pozostanie.

Tyle dygresji…

KLUCZOWE ZAŁOŻENIA WNIOSKOWANIA

Aby jako tako dojść z tym zadaniem do ładu, to trzeba przyjąć pewne założenia. Ja przyjąłem takie, że każdy nauczyciel pracuje 40 godzin tygodniowo. Do tej pory nie ustalono, ile nauczyciel faktycznie pracuje (tu co nieco w temacie, i tu), ale jakiś sensowny wymiar musimy przyjąć. Niech to będzie 40 godzin. Niektórzy nauczyciele pewnie pracują więcej, inni mniej. Ale tego się nie da w rzeczywistości sprawdzić.

Dodatkowo przyjmijmy, że nauczyciele mają 26-dniowy urlop. To też jest założenie, bo nauczyciele mają te urlopy dłuższe. Ale z kolei nie mogą sobie brać urlopu kiedy chcą (np. w październiku, kiedy wycieczki są tańsze), a to wcale nie jest takie fajne, więc w zasadzie ten przywilej wakacji jest dyskusyjny.

WARTOŚCIOWANIE STANOWISKA NAUCZYCIELA

Generalnie wartościowanie to dość skomplikowana rzecz. Są różne metody wartościowania (nie będę w szczegóły wchodził), ale zasadniczo polega to na tym, że się bierze jakieś kryteria i na podstawie tychże kryteriów, albo się stanowiska porównuje, albo się przyznaje stanowiskom punkty, albo jeszcze inne rzeczy się robi (nie czas i miejsce na opisywanie rodzajów wartościowania).

Tych kryteriów może być dużo, albo mało. Mogą mieć równe albo różne wagi. Żeby było prosto, to przyjąłem, że kryteriów będzie osiem i będą one równoważne.

Te kryteria są moim arbitralnym wyborem. Jak ktoś ma inne zdanie, jakie inne czynniki powinny być wzięte pod uwagę, to można pisać w komentarzach, albo założyć własnego bloga i zamieścić tam swoją listę.

Oto co biorę pod uwagę:

  1. Kwalifikacje formalne.
  2. Znajomość języków obcych.
  3. Liczba podwładnych.
  4. Odpowiedzialność za wyniki.
  5. Odpowiedzialność za innych ludzi.
  6. Kontakty z klientami.
  7. Warunki pracy.
  8. Ważność  zawodu.

Aby dojść do tego, ile nauczyciel powinien zarabiać – porównam w każdym kryterium nauczyciela z zawodem, który w danym kryterium wydaje się nauczycielowi najbliższy.

Swoje kalkulacje jestem w stanie udostępnić zarówno stronie rządowej jak i ZNP za darmo. Nie będą musieli się już kłócić, ile nauczyciel powinien zarabiać, gdyż ja to im policzę 🙂

Do dzieła zatem!

1. KWALIFIKACJE FORMALNE

Tu jest sprawa dość prosta. Nauczyciel musi mieć wyższe wykształcenie (nie musi być pełne) oraz przygotowanie pedagogiczne. To drugie jest najczęściej w ramach studiów, więc przyjmijmy, że jedynie wykształcenie gra rolę. Dodatkowo jest takie coś jak awans zawodowy, gdzie niby nauczyciel ma się rozwijać i poszerzać swoją wiedzę oraz umiejętności. Ale w praktyce wygląda to tak, że trzeba dobrze wypełnić dokumentację dotyczącą tego awansu. Rozwijać de facto się nie trzeba, więc to można pominąć.

W jakim zawodzie jest niezbędne wyższe wykształcenie i w zasadzie niewiele więcej? Ot na przykład urzędnika możemy postawić w jednym szeregu pod kątem tego kryterium z nauczycielem.

Skacząc po internecie są różne dane dotyczące tego, ile zarabiają urzędnicy. Biorąc pod uwagę średnią jaka z tych danych wychodzi jest to 3800 zł brutto.

2. ZNAJOMOŚĆ JĘZYKÓW OBCYCH

Gdybyśmy brali pod uwagę jedynie kwalifikacje formalne, to nauczyciel powinien zarabiać średnio 3800 zł brutto. Ale to oczywiście nie jest rzetelna miara. Więc dokładamy kolejne kryterium. Niech to będzie znajomość języków obcych.

Znajomość języków obcych to akurat rzecz niepotrzebna nauczycielowi. No chyba, że akurat uczy języka obcego, ale to bym podciągnął pod kwalifikacje formalne, związane z wykształceniem. A tak w ogóle to nauczyciel języka chyba nie musi wcale go dobrze znać. A nawet sobie pomyślałem, czy w ogóle go musi znać. Musi go tylko uczyć, a to jest zupełnie coś innego od posługiwania się nim .

Więc znajomość języków nie jest potrzebna, co akurat działa na niekorzyść wysokości wynagrodzenia. Przyjmijmy, że jak ktoś nie zna języków to wystarczy mu minimalna krajowa, czyli 2250 zł brutto.

3. LICZBA PODWŁADNYCH (LUB POZIOM ZARZĄDZANIA)

I tu się robi problem, bo czy uczniów można traktować jak podwładnych? Ja jestem za tym, aby tak zrobić. Jeśli główne funkcje kierowania to Planowanie, Organizowanie, Motywowanie i Kontrolowanie, to nauczyciel tak właśnie z uczniami musi postępować. Każdy nauczyciel ma tych uczniów mniej lub więcej (w przedszkolu mniej, bo są raczej ci sami, w szkole więcej, bo różni, ale dzieli ich z innymi nauczycielami), ale dajmy na to, że jest tych podwładnych dwudziestka.

I to jest całkiem pokaźna liczba. Przyjmijmy, że gospodarz klasy, albo dyżurny są zastępcami, więc nawet może wchodzić w grę wyższy poziom zarządzania 😊

W tym kryterium nauczyciel jest równy menedżerowi niższego/średniego szczebla. W każdej firmie inaczej się zarabia na tym stanowisku. Ale przyjmuję, że taki menedżer zarabia 7000 zł.

4. ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA WYNIKI

W moim przekonaniu nauczyciel nie odpowiada za wyniki. To znaczy niby odpowiada, bo od niego zależą w pewnym sensie wyniki w nauce, od niego trochę zależą wyniki na egzaminach. Ale formalnie, jak tych wyników nie ma, albo są słabe, to w zasadzie nikt się do niego nie przyczepi. Ani nie zostanie obniżona pensja, ani tym bardziej nikt nauczyciela z pracy nie wyrzuci. Dobry nauczyciel dobrą pracę wykonując zarobi dokładnie tyle samo, co gdyby był kiepski i kiepsko pracował. A słaby nauczyciel, żeby go z pracy wyrzucono, to musiałby chyba dzień w dzień chodzić pijany do pracy, albo dopuścić się jakichś przestępstw, żeby dyrektor miał podstawy do zwolnienia go z pracy.

Zatem to kryterium jest dla nauczycieli bardzo wygodne (bo czy się  stoi, czy się leży, pensja się należy), ale jednocześnie znacznie obniżać powinno ono wynagrodzenie. Im bardziej od twoich wyników zależy wynagrodzenie, tym być ono powinno wyższe (np. tak to zwykle działa w sprzedaży).

Ja bym porównał w tym kryterium zawód nauczyciela do zawodu księdza . Księża też są mocno chronieniu przez instytucję kościelną i nawet jakieś grube przewinienia nie spowodują, że zostaną wyrzuceni z pracy.

A księża w założeniu zarabiają mało. Brat mojej żony, który jest księdzem w zakonie, nawet nic nie zarabia, ponieważ taką ten zakon ma klauzulę. Wszystkie dobra jakie posiada są własnością Kościoła. Czyli w tym kryterium będzie to 0 złotych.

5. ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA INNYCH LUDZI.

Nauczyciel ponosi odpowiedzialność za bandę awanturujących się, rozkrzyczanych, nadpobudliwych, sprytnych ludzi, którzy starają się zrobić wszystko, co tylko jest zakazane, żaby sprawdzić jakie będą tego efekty. Zatem w tym kryterium porównałbym nauczyciela do pilota samolotu przewożącego nitroglicerynę.

Ile piloci zarabiają? Chyba dużo. Internety piszą, że średnio to jakieś 20 000 zł brutto.

6. KONTAKTY Z KLIENTAMI

Przyjmijmy, że klientami są rodzice, którzy płacą podatki, a z tychże podatków opłacana jest pensja nauczyciela. Do tej pory rodzice nie za bardzo wchodzili nauczycielom w paradę, ale czasy się zmieniają i następuje gwałtowny przyrost roszczeniowości tej grupy klienckiej. Jeden rodzic marudzi, że jego dziecko ma za dużo zadane, drugi, wręcz przeciwnie, że należy więcej zadawać, bo jego dziecko nic nie robi. Trzeci chce, żeby pani poświęcała więcej czasu na równania wielomianowe a czwarty, że lepiej na trygonometrię. Piątemu nie podoba się, że pani w porywie desperacji krzyknęła na jego dziecko, a szósty żąda, żeby pani wprowadziła kary cielesne, ponieważ on takie w domu stosuje i ma spokój.

Ja na razie (jako nauczyciel) nie czuję tej roszczeniowości, ale koledzy i koleżanki zwracają na to uwagę.

Czyli tu nauczyciela można porównać do pracownika call-center przyjmującego reklamacje. Pomimo tego, że praca trudna, niewiele na call-center się zarabia. Przyjmijmy, że jest to 2800 zł brutto (a i tak nie wiem, czy nie zawyżyłem).

7. WARUNKI PRACY

Ciężkie. Naprawdę ciężkie.

Hałas, krzyk, a do toalety możesz iść jedynie w trakcie przerwy… Ale nie, jednak nie możesz iść, bo masz dyżur na korytarzu. Musisz tak ze trzy godziny wytrzymać.

Przyjmijmy, że to robota podobna do stania żołnierzy na warcie przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Taki żołnierz też do toalety nie może iść kiedy chce.

Ile ten żołnierz zarabia? W internetach nie piszą, ile zarabia za stanie na warcie przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Ale piszą, że szeregowy z jakimś tam stażem może liczyć na minimum 3200 zł brutto.

8. WAŻNOŚĆ ZAWODU

W tym kryterium mamy do czynienia z paradoksem. Im zawód ważniejszy, związany z zapewnieniem zdrowia, życia, bezpieczeństwa, pomocą innym – tym mniej się zarabia. Przykładami mogą być pielęgniarki, pracownicy pomocy społecznej, osoby zajmujące się opieką nad innymi, strażacy, policjanci, psychoterapeuci (ale ci, którzy pomagają ludziom pokrzywdzonym przez życie, a nie ci co prowadzą sesje dla biznesmenów i celebrytów).

Im zawód mniej ważny, im mniejszy jego wpływ na życie innych ludzi (taki zawód to np. prezes spółki wytwarzającej konewki, prezenter TV czy piłkarz)  – tym więcej zarabia.

Osobiście uważam, że nauczyciel to ważny zawód, bo od niego zależy, patetycznie nieco ujmując temat, przyszłość świata. To, że zawody ważne zarabiają mało, mi się nie podoba wcale. Więc dałbym tu za to kryterium wysoką pensję (niezgodnie z rzeczywistością). Niech to będzie 7000 zł.

PODSUMOWANIE

I teraz należy wyciągnąć średnią z tych kalkulacji i zobaczyć ile to wyjdzie.

(3800 + 2250 + 7000 + 0 + 20000 + 2800 + 3200 + 7000)/8 = około 5750 zł brutto.

Z chłodnych kalkulacji wychodzi, że tyle właśnie powinien zarabiać średnio nauczyciel.

Zgadzacie się? 😊

Urzędnik, faraon, coach, rodzic, trener, klawisz, usługodawca? Jaka tu jest relacja?

Już po raz kolejny to piszę, ale przypominam, że od roku mam przyjemność pracować w szkole.

Jak też już pisałem uprzednio, jest to dla mnie, i ciekawe, i rozwijające, i trochę straszne. Czasem też śmieszne. W każdym razie, patrząc na bloga i tematy, które opisuję, coraz więcej w nich szkoły, a coraz mniej biznesu.

KTO KLIENTEM OSOBY SKRĘCAJĄCEJ W FABRYCE ŚRUBKI?

Zasadniczo wpis będzie o szkole, ale zacznę od biznesu. Często pracując z tym obszarem, definiuję wraz z klientami relacje łączące uczestników interakcji w jakimś systemie. Na przykład w jednym z ostatnich projektów, w których miałem okazję pracować, w pewnej organizacji wdrożono model kompetencji. W tymże modelu jest kompetencja ORIENTACJA NA KLIENTA. Ta kompetencja została przypisana do wielu działów jako konieczna w efektywnym wykonywaniu pracy. Między innymi do działu produkcji. Dość długo zastanawialiśmy się z przedstawicielami tego działu, kto jest ich klientem. W końcu dział produkcji zajmuje się produkcją i ma zrobić towar o określonych parametrach. Tyle…

Czemu więc szef każe myśleć o kliencie???

Na koniec okazało się, że ma to sens… W każdym razie, to była niezwykle ważna dyskusja porządkująca myślenie i wytyczająca kierunek zachowania się osób z działu produkcji.

KTO JEST KLIENTEM NAUCZYCIELA?

Zainspirowany tą dyskusją pomyślałem sobie o szkole, i o tym jak opisać relację łączącą ucznia i nauczyciela. Kto tu jest klientem, a kto usługodawcą? A może to zupełnie nietrafne i jakiś inny opis pasuje bardziej?

Zrobiłem sobie listę opisów relacji ucznia i nauczyciela. Poniżej ją znajdziecie. Najpierw zacznę od relacji, które w mojej opinii są najczęściej spotykane, lecz z drugiej strony, najmniej pożądane.

Idąc tym tropem – będę stopniowo przechodził do takich, które nie występują (lub występują z rzadkością), a w mojej idealnej rzeczywistości występować powinny 😊

Gotowi?

1. TRENER – SPORTOWIEC

Według mnie jest to najpowszechniejsza forma relacji pomiędzy uczniami i nauczycielem.

O co w tym chodzi? Proste – chodzi o to, żeby uczniowie mieli jak najwyższe wyniki na egzaminie kończącym szkołę.

Wszelkie metody dozwolone – korepetycje, dodatkowe zajęcia z przedmiotu, zadawanie prac domowych, ciągłe powtarzanie „musicie się uczyć”, motywowanie jedynkami itd. Efekt jest tego taki, że większość uczniów, kończąc szkołę, perfekcyjnie jest przygotowana do dalszego wyścigu (dalszych zawodów) – na uczelni czy w pracy. Nijak się ten wyścig przekłada na satysfakcjonujące i wartościowe życie, ale to nieważne. Ważne, żeby mieć wysoki wynik na teście. Ważne żeby się ścigać.

Mi się to strasznie nie podoba w każdym razie.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że nie jest ważny wynik na teście. Ja bym chciał, żeby uczniowie wyrośli na kompetentnych, pożytecznych i szczęśliwych ludzi. Co ma do tego wynik testu sprawdzającego ich wiedzę? Ktoś mi to wytłumaczyć umie?

2. FARAON – PODDANY

Mam na myśli oczywiście, że nauczyciel to faraon a poddanym jest uczeń, choć część osób może myśleć na odwrót (i na niektórych lekcjach może też być tak, że to uczniowie „rządzą”).

Pewnego pięknego dnia, miałem okazję rozmawiać z jednym z nauczycieli i w trakcie tej rozmowy usłyszałem słowa, że uczeń nie ma prawa się tak zachowywać jak się zachowuje, gdyż „ja (czyli nauczyciel przyp.red.) tu rządzę”. Chodziły te słowa za mną dobre parę dni.

Myślę, że co jak co, ale rządzenie to chyba akurat ostatnia z rzeczy, którą nauczyciel powinien robić. Od rządzenia jest rząd, samorząd, zarząd. Nauczyciel (chyba…) jest od uczenia innych, przekazywania wiedzy, kształtowania dobrych nawyków, wychowywania.

Jak jedno można pogodzić z drugim??? Albo rządzę, albo wychowuję, tak mi się wydaje…

BTW: Tak w ogóle to te przemyślenia o rządzeniu zaprowadziły mnie na stronkę Polskiego Ruchu Monarchistycznego //monarchia.org.pl/ Polecam poczytać – jest naprawdę zabawnie (mnie szczególnie frapuje ten dyplom Akademii Informatycznej dla księcia Wierzchowskiego…)

Tam jest miejsce na mrzonki o rządzeniu. Nie w klasie 😊

3. KLAWISZ – WIĘZIEŃ

Nie ja wymyśliłem tę metaforę, lecz zgadzam się z nią w wielu aspektach. Niektórzy postępowi pedagodzy twierdzą, że szkoła bardzo przypomina więzienie. Uczniowie muszą do niej chodzić. Nie ma możliwości niechodzenia. Trochę to przypomina nakaz pracy w PRLu😊

Uczniowie muszą chodzić na te, a nie inne zajęcia dedykowane do tej klasy. Nieważne, czy im się to podoba, czy nie, czy jest wartościowe czy nie. Nie mają nic do powiedzenia.

Nie mogą opuszczać budynku szkoły w trakcie zajęć. Ba, nie mogą opuszczać klasy w trakcie lekcji. Nawet nie bardzo mogą sobie wstać z krzesła i pochodzić po sali. Zadaniem nauczyciela jest kontrola. Jak uczeń wstanie i wyjdzie z sali bez uzasadnienia, to dostaje słowną reprymendę, albo karę w postaci uwagi w dzienniku. Jeśli uczeń sobie wyjdzie ze szkoły, ot tak, to zadaniem nauczyciela jest powiadomić dyrektora o tym fakcie, a dyrektor musi o tym zawiadomić policję. Prawo mówi wyraźnie, że jak uczeń wpadnie w tym czasie pod auto, to dyrektor szkoły odpowiada karnie za to zdarzenie.

Rytm szkoły jest oddzielony dzwonkami, o określonych porach. Raz na 45 minut można wyjść na spacerniak i sobie pochodzić.

Byle nie biegać. Bo można coś sobie zrobić, albo się spocić.

4. URZĘDNIK – PETENT

Ostatnio widziałem obrazek ciekawy, kiedy to tłum uczniów oblegał pokój nauczycielski. Oczekiwali oni na moment, w którym nauczyciel zje swoją kanapkę i podejdzie do nich, aby można było jakąś formalność załatwić. Chodziło o jakiś podpis, czy coś. Brakowało mi w tym obrazku jedynie czapek w rękach uczniów, którzy by je mięli w rękach. Bo wbity w ziemię wzrok się zgadzał.

Czy szkoła nie przypomina obecnie urzędu, w którym liczą się głównie formalności właśnie?

Uczniowie chodzą do niej, aby na koniec zdobyć papier uprawniający ich do dalszej edukacji, czyli świadectwo. Nauczyciele decydują w jakiej formie uczeń ów dokument dostanie – pełnią urzędniczą rolę.

5. USŁUGODAWCA – KLIENT

No właśnie. Jak Wam się ten opis podoba w odniesieniu do nauczyciela i ucznia? Tak na zdrowy rozum, to właśnie o to chodzi. Nauczyciel dostaje pensję, za to, że edukuje konkretną grupę osób (czyli uczniów). Pieniędzy nie otrzymuje wprost. To rodzice tych osób i inni członkowie społeczeństwa płacąc podatki, zrzucają się na jego skromne wynagrodzenie, które wypłaca mu poborca tychże podatków, czyli państwo.

Idąc tym śladem, można przyjąć, że nauczyciel powinien mieć rolę podrzędną lub co najwyżej partnerską wobec ucznia i uwzględniać ucznia (oraz jego rodziców jako sponsorów) oczekiwania. Zresztą do momentu powstania nowoczesnego systemu szkolnego, czyli na przełomie XVIII i XIX wieku tak to działało. Bogaci synowie i córki mieli guwernantów. Płacił tata i oczekiwał konkretnych rzeczy. Guwernant te oczekiwania miał za zadanie spełnić.

Ważna w tej relacji jest ocena pracy nauczyciela dokonywana przez klientów, czyli uczniów i rodziców. Teraz nie ma takiej rzeczy. Nauczyciela ocenia jedynie organ prowadzący (czyli dyrektor). Rodzice płacą pieniądze w podatkach i nie mają żadnego wpływu na pracę nauczyciela. Jak im się jakiś nie podoba, co najwyżej mogą zmienić szkołę. To trochę dziwny układ. Generalnie jak komuś płacę pieniądze, to mam prawo wymagać od niego. Ale w szkole jest odwrotnie. Nauczyciel dostaje pieniądze, ale ocenia i stawia wymagania uczniom…

Mnie się ten opis w każdym razie dość podoba (szczególnie, że też jestem rodzicem i mam pewne oczekiwania wobec nauczycieli), ale sądzę, że są jeszcze lepsze.

6. COACH – COACHEE

To postulat bardzo nowoczesny, bardzo modny i pewnie w ogóle nie uwzględniany w rzeczywistości szkolnej. Relacja coacha z coachee zakłada, że coachee pracuje na własnych zasobach i potencjale. Z drugiej strony duża grupa nauczycieli często sądzi, że większość uczniów zasobów żadnych nie posiada. Uczniowie są leniwi, więc wiedzę należy im wtłaczać do głów metodami siłowymi.

Ja tu protestuję, albowiem nie sądzę, że dzieci są głupsze od dorosłych. Ba… Większość głupot na świecie robią dorośli (jak np. zatruwanie środowiska naturalnego czy budowanie bomb atomowych).

Sam staram się często pracować metodami coachingowymi z dziećmi na zajęciach indywidualnych lub grupowych. Równie często obserwuję pozytywne skutki tego. Te skutki to wysokie obustronne zaufanie, otwartość w komunikacji, skupienie na rozwiązaniu problemu itp.

Jasne, że nauczyciel nie powinien być tylko coachem. Ważne jest aby projektował środowisko bogate w stymulacje dla ucznia. Ale dużą część czasu pracy z klasą rekomenduję, aby pracować podejściem coachingowym.

7. RODZIC – DZIECKO

W pewnej klasie prowadzę od czasu do czasu zajęcia. Jest to klasa dość niesforna (ciężko poddająca się szkolnej tresurze😊). Zatem z nauczycielem wychowawcą tej klasy rozmawiamy o tym, jak sprawić, żeby klasa na zajęciach była spokojna, cichutka, potakiwała grzecznie głowami jeśli nauczyciel (czyli ja😊) coś mówi.

Dyskutując o różnych środkach, które do tego prowadzą, usłyszałem od tej nauczycielki zdanie: „wiesz, chcę te dzieci traktować, tak jak traktuję własne dzieci”. I to mi otworzyło oczy! Tak – o to chodzi!

Nauczycielu, traktuj ucznia w szkole, tak jak chciałbyś żeby Twoje dziecko było traktowane. Akceptuj bezwarunkowo jego osobę. Stawiaj granice, ale nie uciekaj się do przemocy, do krzyku. Okazuj zaufanie. Stwarzaj warunki do rozwoju. Dawaj wyzwania. Ale bądź blisko, kiedy sobie z nimi nie radzi. Okazuj wsparcie, kiedy tego potrzebuje.

Bądź po prostu człowiekiem.

Uczeń/uczennica na Ciebie patrzy i będzie kopiować to, co Ty sam robisz. Będziesz ich traktował normalnie, to on/ona będzie normalnie traktować Ciebie.

Mi się to przynajmniej sprawdza…

PODSUMOWANIE

A Wy jak myślicie?

Który opis relacji jest najbliższy rzeczywistości?

A który jest najbardziej pożądany?

A może macie w głowie jakiś inny rodzaj, nieopisany powyżej? Może czegoś nie uwzględniłem?

Dajcie znać, proszę, co o tym sądzicie?