Konkursy recytatorskie, śmiecenie i wyścig szczurów

SCENKA 1

W przedszkolu, do którego uczęszcza dwójka moich starszych dzieci postanowiono przeprowadzić konkurs recytatorski. Konkurs jak konkurs – odbył się bez jakichś turbulencji.

W dniu konkursowym, odbierając dzieci z przedszkola byłem świadkiem, kiedy inny rodzic, odbierając dziecko, zapytał się go: „Jak konkurs?”. Na to dziecko ze złością odpowiedziało, że fatalnie i że już nigdy w żadnym konkursie uczestniczyć nie zamierza.

SCENKA 2

W szkole, w której mam przyjemność pracować, również zrobiono konkurs recytatorski. Wygrała go uczennica i dostała za to nawet jakąś nagrodę. Inny uczeń natomiast, bardzo sfrustrowany tym, że nie on wygrał, wygarnął tej uczennicy, że nagroda, którą dostała „jest nic nie warta”, czy coś w tym stylu. Uczennica się popłakała i tyle było z jej radości ze zwycięstwa. Uczeń zaś otrzymał reprymendę i zdaje się uwagę do dziennika za tę złośliwość.

KONKURSY W SZKOLE – CZEGO UCZĄ?

Widząc te dwie scenki pomyślałem o pożytkach, które płyną z przeprowadzania różnej maści konkursów, olimpiad, rankingów, egzaminów i innych takich wydarzeń w rzeczywistości szkolnej. Postanowiłem temat zgłębić zadając sobie pytanie – O co w tym chodzi? Po co to w ogóle jest? Czemu ten relikt ma służyć?

Dlaczego jest tak silny nacisk na rywalizację w szkole? I to nie tylko w konkursach, ale też poprzez system ocen. Czemu nie uczyć dzieciaki współpracy?

No właśnie… Oto czego konkursy uczą i po co są:

  • Ponoć przygotowują do życia dorosłego

Rozmawiając z pedagogami i rodzicami często słyszę, że nauka rywalizacji jest konieczna, gdyż dzięki niej dzieci poradzą sobie w dorosłym życiu. Dorosłe życie, przekonują te osoby, jest pełne rywalizacji. Osoba nie wprawiona w rywalizacji, nie ma w nim szans.

I cóż na taki argument odpowiedzieć?

Pewnie jest w nim trochę racji. Jak wszystkich uczymy rywalizować, to też i wszyscy rywalizować będą. A jak rywalizują, to trzeba innych do tej rywalizacji przygotować, bo innej drogi nie ma. Koło się zamyka.

Proponuję uczyć w szkole także śmiecenia. Jak widać po naszym pięknym kraju, często śmieci się w różnych miejscach walają. Zatem warto uczyć dzieci, od najmłodszych lat przebywać w środowisku zaśmieconym, tak aby jako dorośli byli do niego przyzwyczajeni. Należy wytępić u dzieci nawyk dbania o czystość, gdyż takie osoby będą miały trudność w życiu dorosłym, źle się czując widząc na ulicy śmiecia.

  • Ponoć zwiększają zapał do nauki i chęć podnoszenia swoich umiejętności

Zapał do nauki, czy zapał do wygrywania? Jakoś jedno z drugim mi się kłóci. Jak już nie jeden raz udowodniono w badaniach, motywacja zewnętrzna jest siłą działającą na krótką metę. Ustaje, gdy obecność kar i nagród wzmacniających zachowanie znika. Motywacja wewnętrzna natomiast istnieje bez względu na to, czy ktoś dostaje dobre oceny, czy nie. Czy wygrywa fajną nagrodę w konkursie tańca ludowego, czy nie.

Dzieci uwielbiają rozwiązywać zagadki, nie dlatego, że mogą za nie dostać dobrą ocenę, ale dlatego, że to jest czynność fajna sama w sobie. Większość z nich ma zapał do nauki bez potrzeby organizowania konkursów. Większość dzieci uwielbia po prostu biegać – nie są im do szczęścia potrzebne żadne biegi organizowane przez dorosłych.

Skutek ingerencji pedagogicznej pod postacią konkursów, w naturalne predyspozycje dzieci do sportu, śpiewania, czytania, eksplorowania świata jest taki, że dzieci przestają to lubić. Tak jak ten przedszkolak, który pewnie do momentu konkursu recytatorskiego, recytować czy też występować publicznie lubił, ale przestał, kiedy okazało się, że w konkursie zajął siódme czy siedemnaste miejsce.

  • Bo dzieci je lubią

No pewnie, że lubią. Lubią też słodycze i gry komputerowe. Zresztą tak samo jak dorośli. Dorośli lubią też alkohol, papierosy i inne używki. Czy to znaczy, że szkoła ma być miejscem, gdzie będziemy mogli dać upust swoim popędom i pragnieniom?

Lubienie to jedno (dzieci spontanicznie podejmują rywalizację – to fakt), a efekt płynący z podejmowania czynności, którą się lubi, to drugie.

Rywalizacja kiedyś (jakieś 50 000 lat temu) na sawannie była ważna. Żeby przetrwać należało się nauczyć wygrywać walkę o pożywienie, schronienie czy wodę. Teraz mamy XXI wiek i naprawdę nie musimy walczyć. Na szczęście cywilizacja na tyle poszła do przodu, że mamy dóbr koniecznych do przeżycia pod dostatkiem.

Rywalizacja, jak wiele innych popędów i nawyków została nam z tych dawnych lat. Mamy silne pragnienie wygrywania. Ale racjonalnie rzecz biorąc jest to kompletnie bez sensu.

  • Bo dzięki temu „wyławiamy” najlepszych

Dyskusyjna bardzo teza. Nie to, że się z nią zupełnie nie zgadzam. Może coś w tym jest. Jeśli organizujemy konkurs matematyczny i jakieś dziecko go wygrywa, to zakładamy, że to talent matematyczny. Można z tą osobą pracować inaczej, dawać jej ambitniejsze zadania do zrobienia, inwestować w jej rozwój w tej dziedzinie. I to jest OK, gdyby nie fakt, że wygrana tej jednej osoby oznacza przegraną pozostałych dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu. Czy to oznacza, że nie warto w nich inwestować? Że nie są zdolni? Przecież często o zwycięstwie decyduje jeden punkt, lepsza dyspozycja dnia, przypadek…

Mam problem z tymi różnymi konkursami, gdyż po prostu nie są one od strony pomiaru rzetelne. Wybór najlepszych na podstawie jednego konkursu budzi wiele wątpliwości metodologicznych. Raz wygra jeden, raz drugi uczeń.

A już nie mówię o konkursach, w których ocenia się dzieci, które ładniej  śpiewa, tańczy, recytuje czy rysuje. Mi się to kompletnie w głowie nie mieści. Jeszcze w sporcie to rozumiem – ten przebiegł szybciej, a tamten rzucił dalej. Ale w sztuce??? Dziedzinie kompletnie niemierzalnej???

  • Bo tak było zawsze

Niestety wszyscy się do takiego stanu rzeczy przyzwyczailiśmy. Dopiero niedawno odkryłem, że wszystkie te porównania, konkursy i oceny to zło, z którym należy walczyć. Wcześniej po prostu żyłem w tym systemie i nie przeszkadzało mi to. Sam lubię rywalizację i często udawało mi się odnosić zwycięstwa, więc w ogóle nie zwracałem uwagi na to, jakie to ma skutki.

ZDROWA RYWALIZACJA

Czy rywalizacja może jednak przynieść jakieś pozytywne skutki?

Owszem może. Ale jej specyficzny rodzaj. Mianowicie rywalizacja ze sobą samym.

Polega to na tym, że porównujemy uzyskany wynik, czy ocenę osoby z jej uprzednimi wynikami. Zasadniczo chodzi nam o rozwój, więc szukamy tych momentów, kiedy ktoś daje radę i polepsza się w jakiejś dziedzinie.

Może to też być rywalizacja grupowa. W tym sensie, że cała grupa jest oceniana i porównywana do jakiegoś wyniku uprzedniego. Najłatwiej to zrobić na wuefie. Na przykład dajemy dzieciakom zadanie biegania przez 10 minut i liczymy sumaryczny dystans wszystkich osób, które przebiegły. Ten wynik porównujemy na przykład z wynikiem osiągniętym pół roku temu.

Dzieciaki i tak się same ze sobą będą ścigać, więc po co to wzmacniać porównaniami pomiędzy nimi? W sytuacji rywalizacji ze sobą samym nawet ci, co najsłabiej biegają będą mieli pozytywny wpływ na wynik grupy, bo przebiegnięty przez nich dystans też się będzie dodawał do ogólnej puli.

A może nawet w tej sytuacji, dzieci będą sobie wzajemnie pomagać, dopingować, wspierać? Uczymy tym sposobem współpracy – kompetencji ogromnie pożądanej na rynku pracy (pisałem o tym wiele razy, na przykład tutaj), a nie wzmacniamy rywalizacji, której jest pod dostatkiem i której pracodawcy zupełnie nie potrzebują w jeszcze większych ilościach.

Urzędnik, faraon, coach, rodzic, trener, klawisz, usługodawca? Jaka tu jest relacja?

Już po raz kolejny to piszę, ale przypominam, że od roku mam przyjemność pracować w szkole.

Jak też już pisałem uprzednio, jest to dla mnie, i ciekawe, i rozwijające, i trochę straszne. Czasem też śmieszne. W każdym razie, patrząc na bloga i tematy, które opisuję, coraz więcej w nich szkoły, a coraz mniej biznesu.

KTO KLIENTEM OSOBY SKRĘCAJĄCEJ W FABRYCE ŚRUBKI?

Zasadniczo wpis będzie o szkole, ale zacznę od biznesu. Często pracując z tym obszarem, definiuję wraz z klientami relacje łączące uczestników interakcji w jakimś systemie. Na przykład w jednym z ostatnich projektów, w których miałem okazję pracować, w pewnej organizacji wdrożono model kompetencji. W tymże modelu jest kompetencja ORIENTACJA NA KLIENTA. Ta kompetencja została przypisana do wielu działów jako konieczna w efektywnym wykonywaniu pracy. Między innymi do działu produkcji. Dość długo zastanawialiśmy się z przedstawicielami tego działu, kto jest ich klientem. W końcu dział produkcji zajmuje się produkcją i ma zrobić towar o określonych parametrach. Tyle…

Czemu więc szef każe myśleć o kliencie???

Na koniec okazało się, że ma to sens… W każdym razie, to była niezwykle ważna dyskusja porządkująca myślenie i wytyczająca kierunek zachowania się osób z działu produkcji.

KTO JEST KLIENTEM NAUCZYCIELA?

Zainspirowany tą dyskusją pomyślałem sobie o szkole, i o tym jak opisać relację łączącą ucznia i nauczyciela. Kto tu jest klientem, a kto usługodawcą? A może to zupełnie nietrafne i jakiś inny opis pasuje bardziej?

Zrobiłem sobie listę opisów relacji ucznia i nauczyciela. Poniżej ją znajdziecie. Najpierw zacznę od relacji, które w mojej opinii są najczęściej spotykane, lecz z drugiej strony, najmniej pożądane.

Idąc tym tropem – będę stopniowo przechodził do takich, które nie występują (lub występują z rzadkością), a w mojej idealnej rzeczywistości występować powinny 😊

Gotowi?

1. TRENER – SPORTOWIEC

Według mnie jest to najpowszechniejsza forma relacji pomiędzy uczniami i nauczycielem.

O co w tym chodzi? Proste – chodzi o to, żeby uczniowie mieli jak najwyższe wyniki na egzaminie kończącym szkołę.

Wszelkie metody dozwolone – korepetycje, dodatkowe zajęcia z przedmiotu, zadawanie prac domowych, ciągłe powtarzanie „musicie się uczyć”, motywowanie jedynkami itd. Efekt jest tego taki, że większość uczniów, kończąc szkołę, perfekcyjnie jest przygotowana do dalszego wyścigu (dalszych zawodów) – na uczelni czy w pracy. Nijak się ten wyścig przekłada na satysfakcjonujące i wartościowe życie, ale to nieważne. Ważne, żeby mieć wysoki wynik na teście. Ważne żeby się ścigać.

Mi się to strasznie nie podoba w każdym razie.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że nie jest ważny wynik na teście. Ja bym chciał, żeby uczniowie wyrośli na kompetentnych, pożytecznych i szczęśliwych ludzi. Co ma do tego wynik testu sprawdzającego ich wiedzę? Ktoś mi to wytłumaczyć umie?

2. FARAON – PODDANY

Mam na myśli oczywiście, że nauczyciel to faraon a poddanym jest uczeń, choć część osób może myśleć na odwrót (i na niektórych lekcjach może też być tak, że to uczniowie „rządzą”).

Pewnego pięknego dnia, miałem okazję rozmawiać z jednym z nauczycieli i w trakcie tej rozmowy usłyszałem słowa, że uczeń nie ma prawa się tak zachowywać jak się zachowuje, gdyż „ja (czyli nauczyciel przyp.red.) tu rządzę”. Chodziły te słowa za mną dobre parę dni.

Myślę, że co jak co, ale rządzenie to chyba akurat ostatnia z rzeczy, którą nauczyciel powinien robić. Od rządzenia jest rząd, samorząd, zarząd. Nauczyciel (chyba…) jest od uczenia innych, przekazywania wiedzy, kształtowania dobrych nawyków, wychowywania.

Jak jedno można pogodzić z drugim??? Albo rządzę, albo wychowuję, tak mi się wydaje…

BTW: Tak w ogóle to te przemyślenia o rządzeniu zaprowadziły mnie na stronkę Polskiego Ruchu Monarchistycznego //monarchia.org.pl/ Polecam poczytać – jest naprawdę zabawnie (mnie szczególnie frapuje ten dyplom Akademii Informatycznej dla księcia Wierzchowskiego…)

Tam jest miejsce na mrzonki o rządzeniu. Nie w klasie 😊

3. KLAWISZ – WIĘZIEŃ

Nie ja wymyśliłem tę metaforę, lecz zgadzam się z nią w wielu aspektach. Niektórzy postępowi pedagodzy twierdzą, że szkoła bardzo przypomina więzienie. Uczniowie muszą do niej chodzić. Nie ma możliwości niechodzenia. Trochę to przypomina nakaz pracy w PRLu😊

Uczniowie muszą chodzić na te, a nie inne zajęcia dedykowane do tej klasy. Nieważne, czy im się to podoba, czy nie, czy jest wartościowe czy nie. Nie mają nic do powiedzenia.

Nie mogą opuszczać budynku szkoły w trakcie zajęć. Ba, nie mogą opuszczać klasy w trakcie lekcji. Nawet nie bardzo mogą sobie wstać z krzesła i pochodzić po sali. Zadaniem nauczyciela jest kontrola. Jak uczeń wstanie i wyjdzie z sali bez uzasadnienia, to dostaje słowną reprymendę, albo karę w postaci uwagi w dzienniku. Jeśli uczeń sobie wyjdzie ze szkoły, ot tak, to zadaniem nauczyciela jest powiadomić dyrektora o tym fakcie, a dyrektor musi o tym zawiadomić policję. Prawo mówi wyraźnie, że jak uczeń wpadnie w tym czasie pod auto, to dyrektor szkoły odpowiada karnie za to zdarzenie.

Rytm szkoły jest oddzielony dzwonkami, o określonych porach. Raz na 45 minut można wyjść na spacerniak i sobie pochodzić.

Byle nie biegać. Bo można coś sobie zrobić, albo się spocić.

4. URZĘDNIK – PETENT

Ostatnio widziałem obrazek ciekawy, kiedy to tłum uczniów oblegał pokój nauczycielski. Oczekiwali oni na moment, w którym nauczyciel zje swoją kanapkę i podejdzie do nich, aby można było jakąś formalność załatwić. Chodziło o jakiś podpis, czy coś. Brakowało mi w tym obrazku jedynie czapek w rękach uczniów, którzy by je mięli w rękach. Bo wbity w ziemię wzrok się zgadzał.

Czy szkoła nie przypomina obecnie urzędu, w którym liczą się głównie formalności właśnie?

Uczniowie chodzą do niej, aby na koniec zdobyć papier uprawniający ich do dalszej edukacji, czyli świadectwo. Nauczyciele decydują w jakiej formie uczeń ów dokument dostanie – pełnią urzędniczą rolę.

5. USŁUGODAWCA – KLIENT

No właśnie. Jak Wam się ten opis podoba w odniesieniu do nauczyciela i ucznia? Tak na zdrowy rozum, to właśnie o to chodzi. Nauczyciel dostaje pensję, za to, że edukuje konkretną grupę osób (czyli uczniów). Pieniędzy nie otrzymuje wprost. To rodzice tych osób i inni członkowie społeczeństwa płacąc podatki, zrzucają się na jego skromne wynagrodzenie, które wypłaca mu poborca tychże podatków, czyli państwo.

Idąc tym śladem, można przyjąć, że nauczyciel powinien mieć rolę podrzędną lub co najwyżej partnerską wobec ucznia i uwzględniać ucznia (oraz jego rodziców jako sponsorów) oczekiwania. Zresztą do momentu powstania nowoczesnego systemu szkolnego, czyli na przełomie XVIII i XIX wieku tak to działało. Bogaci synowie i córki mieli guwernantów. Płacił tata i oczekiwał konkretnych rzeczy. Guwernant te oczekiwania miał za zadanie spełnić.

Ważna w tej relacji jest ocena pracy nauczyciela dokonywana przez klientów, czyli uczniów i rodziców. Teraz nie ma takiej rzeczy. Nauczyciela ocenia jedynie organ prowadzący (czyli dyrektor). Rodzice płacą pieniądze w podatkach i nie mają żadnego wpływu na pracę nauczyciela. Jak im się jakiś nie podoba, co najwyżej mogą zmienić szkołę. To trochę dziwny układ. Generalnie jak komuś płacę pieniądze, to mam prawo wymagać od niego. Ale w szkole jest odwrotnie. Nauczyciel dostaje pieniądze, ale ocenia i stawia wymagania uczniom…

Mnie się ten opis w każdym razie dość podoba (szczególnie, że też jestem rodzicem i mam pewne oczekiwania wobec nauczycieli), ale sądzę, że są jeszcze lepsze.

6. COACH – COACHEE

To postulat bardzo nowoczesny, bardzo modny i pewnie w ogóle nie uwzględniany w rzeczywistości szkolnej. Relacja coacha z coachee zakłada, że coachee pracuje na własnych zasobach i potencjale. Z drugiej strony duża grupa nauczycieli często sądzi, że większość uczniów zasobów żadnych nie posiada. Uczniowie są leniwi, więc wiedzę należy im wtłaczać do głów metodami siłowymi.

Ja tu protestuję, albowiem nie sądzę, że dzieci są głupsze od dorosłych. Ba… Większość głupot na świecie robią dorośli (jak np. zatruwanie środowiska naturalnego czy budowanie bomb atomowych).

Sam staram się często pracować metodami coachingowymi z dziećmi na zajęciach indywidualnych lub grupowych. Równie często obserwuję pozytywne skutki tego. Te skutki to wysokie obustronne zaufanie, otwartość w komunikacji, skupienie na rozwiązaniu problemu itp.

Jasne, że nauczyciel nie powinien być tylko coachem. Ważne jest aby projektował środowisko bogate w stymulacje dla ucznia. Ale dużą część czasu pracy z klasą rekomenduję, aby pracować podejściem coachingowym.

7. RODZIC – DZIECKO

W pewnej klasie prowadzę od czasu do czasu zajęcia. Jest to klasa dość niesforna (ciężko poddająca się szkolnej tresurze😊). Zatem z nauczycielem wychowawcą tej klasy rozmawiamy o tym, jak sprawić, żeby klasa na zajęciach była spokojna, cichutka, potakiwała grzecznie głowami jeśli nauczyciel (czyli ja😊) coś mówi.

Dyskutując o różnych środkach, które do tego prowadzą, usłyszałem od tej nauczycielki zdanie: „wiesz, chcę te dzieci traktować, tak jak traktuję własne dzieci”. I to mi otworzyło oczy! Tak – o to chodzi!

Nauczycielu, traktuj ucznia w szkole, tak jak chciałbyś żeby Twoje dziecko było traktowane. Akceptuj bezwarunkowo jego osobę. Stawiaj granice, ale nie uciekaj się do przemocy, do krzyku. Okazuj zaufanie. Stwarzaj warunki do rozwoju. Dawaj wyzwania. Ale bądź blisko, kiedy sobie z nimi nie radzi. Okazuj wsparcie, kiedy tego potrzebuje.

Bądź po prostu człowiekiem.

Uczeń/uczennica na Ciebie patrzy i będzie kopiować to, co Ty sam robisz. Będziesz ich traktował normalnie, to on/ona będzie normalnie traktować Ciebie.

Mi się to przynajmniej sprawdza…

PODSUMOWANIE

A Wy jak myślicie?

Który opis relacji jest najbliższy rzeczywistości?

A który jest najbardziej pożądany?

A może macie w głowie jakiś inny rodzaj, nieopisany powyżej? Może czegoś nie uwzględniłem?

Dajcie znać, proszę, co o tym sądzicie?

Dlaczego uczniowie nie lubią szkoły?

 

Podstawówkę skończyłem w mieście średniej wielkości, gdzie wybór liceum nie był zbyt duży. W zasadzie były dwa licea, które jako tako zapewniały przygotowanie do studiów. Po pewnych wahaniach wybrałem jedno z nich, ponieważ w mniemaniu wielu osób „było najlepsze w mieście”. To drugie liceum podobno goniło to pierwsze, ale nie miało takich tradycji i w rankingu liceów w województwie nie plasowało się tak wysoko.

To liceum, do którego poszedłem miało 19. miejsce wśród wszystkich liceów w województwie mazowieckim licząc punkty za olimpiady przedmiotowe. Więc w ogóle super – znaczy, że dobre liceum, prestiżowe i takie tam.

Dodatkowo, według opinii krążących po miejscowości, w liceum nauczali pedagodzy „wymagający”, „surowi”. Ci nauczyciele kazali się uczyć, dużo zadawali do domu, stawiali raczej niskie oceny, niż wysokie. Młodzież trzymali krótko. Dość powiedzieć, że w szkole, na każdym piętrze pałętał się ochroniarz z wynajętej zewnętrznej firmy (naprawdę!!!), który miał zapewniać bezpieczeństwo i przestrzeganie porządku.

To było jakieś 20 lat temu, więc na pewno dużo się zmienia i dużo się zmieniło (teraz nie ma ochroniarzy – zostali zastąpieni przez kamery). Ale jednak ciągle w umysłach rodziców i uczniów gnieździ się koncepcja zakładająca, że „surowy, wymagający, dyscyplinujący i twardy nauczyciel” równa się „dobry nauczyciel”.

Kilka dni temu miałem nawet rozmowę z bliską mi osobą, która wspominając swojego nauczyciela matematyki z liceum wyrażała się o nim jako o „dobrym pedagogu”. Nieprzystępnym, niemiłym, gburowatym, stawiającym jedynki w ilościach hurtowych lecz wedle słów tej osoby „dobrze uczącym”. Problem w tym, że ta osoba, z którą rozmawiałem jednocześnie „nienawidzi matematyki” i nie chce z nią mieć nic wspólnego…

Pytanie oczywiste się nasuwa – jaki długoterminowy skutek takie twarde pedagogiczne podejście zapewniło.

Ze swojej perspektywy mogę powiedzieć, że długo w swoim życiu nie zastanawiałem się nad jakością produktu pedagogicznego, z którym spotkałem się w liceum. Też uważałem, że nauczyciel surowy jest OK. Refleksja w końcu nadeszła. Teraz myślę zupełnie coś przeciwnego.

 

CEL KRÓTKOTERMINOWY I DŁUGOTERMINOWY

Zasadniczo wszystko co robimy możemy podzielić na rzeczy które robimy, aby osiągnąć skutek krótko- lub długoterminowy. W przekonaniu wielu nauczycieli, dzieci, rodziców edukacja jest działaniem krótkoterminowym.

Dlaczego tak sądzę?

Dlatego, że o jakości różnych szkół świadczą wyniki egzaminów, olimpiad przedmiotowych i różnych konkursów. Wielu rodziców wybiera szkoły, gdzie absolwenci uzyskują wyższe wyniki na egzaminach po 8 klasie, po gimnazjum, po liceum (czyli z matury). Licea, gdzie uczniowie mają wysoki średni wynik na maturze są postrzegane jako dobre, prestiżowe. Licea z kiepskimi średnimi są złe. Jest to jasne jak słońce i oczywiste.

Ba! Teza, że jest to cel krótkoterminowy zapewne w wielu osobach wzbudziła sprzeciw. Toż wyniki matury wpływają na rekrutację na studia. A studia z kolei determinują nasze losy zawodowe, które z kolei są znakiem, czy ktoś sukces osiągnął, czy nie osiągnął.

I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że się nie zgadzam ze stwierdzeniem, że wyniki matur świadczą o czymkolwiek. Mają one umiarkowane znaczenie w kontekście tego, czy ktoś w dalszym życiu osiągnie sukces rozumiany jako dobra, prestiżowa, wysoko płatna praca. A już zupełnie nie mają znaczenia, czy ktoś w swoim życiu będzie kompetentną, szczęśliwą i czyniącą z siebie pożytek dla społeczeństwa jednostką.

Co uważam zatem za długoterminowy cel edukacji?

Uważam, że jest to wpłynięcie na młodego człowieka w taki sposób, aby był ciekawy świata, ciekawy różnych jego przejawów. Te przejawy to zarówno działalność kulturowa człowieka (a więc sztuka, historia, reguły życia społecznego itp.) jak również sam człowiek jako pewien mechanizm (np. anatomia, fizjologia, psychologia), a także budowa świata (biologia, fizyka, chemia, wszelkie nauki ścisłe). Dodatkowo, pisałem już o tym tutaj, szkoła powinna wyposażać w dwie umiejętności potrzebne z zawodowego punktu widzenia – umiejętność rozwiązywania problemów oraz umiejętność współpracy z innymi.

Niestety cel długoterminowy tak rozumiany mija się z celem krótkoterminowym rozumianym jako dobre przygotowanie do egzaminu…

 

CZEMU UCZNIOWIE NIE LUBIĄ SZKOŁY?

Jako psycholog szkolny mogę swobodnie zbierać opinie na temat różnych lekcji od uczniów. Generalnie, w większości narzekają oni dosyć mocno. A to na historię, a to na matematykę, a to na geografię, a to na fizykę, a to na angielski i różne inne.

Ja się temu mocno dziwię i im tłumaczę, że przecież te przedmioty są fascynujące!!!

Biologia jest super. Historia, polski, języki obce, fizyka, chemia – to jest ekstraciekawe.

Jak można marudzić, że to nudne?

Ano można… Sam tak narzekałem…

Biologię uważałem za najgorszy przedmiot do spółki z matematyką. Inne przedmioty nie lepiej. Jedyną lekcją na którą z chęcią chodziłem był WF.

Kiedy dostrzegłem, że matematyka i biologia są super? Dopiero w okresie studiów.

Myślę, że można wysnuć dwie hipotezy dotyczące tego, dlaczego większość uczniów nie lubi chodzić do szkoły. Pierwsza hipoteza jest taka, że nie lubią, bo są leniwi i nie chcą się uczyć. Często ją słyszę. Druga hipoteza jest inna. Uczniowie nie lubią chodzić do szkoły, dlatego, że szkoła każe im się uczyć do egzaminów zamiast zaciekawiać światem. Być może w przypadku niektórych, hipoteza pierwsza może mieć miejsce. Ale jestem pewien, że w zdecydowanej większości uczniowie są leniwi i niechętni dzięki nam – nauczycielom, dyrektorom, rodzicom, pedagogom, ministrom edukacji. To my odbieramy dzieciakom przyjemność płynącą z poznawania i uczenia się, bo każemy im to robić.

 

WZBUDZAJ CIEKAWOŚĆ A NIE KAŻ SIĘ UCZYĆ

Zastanawiam się często, jaka byłaby skuteczność nauczania, gdyby uczniowie chętnie się uczyli. Co by było, gdyby uczyli się z własnej woli, z ciekawości. Czy mieliby gorsze oceny na egzaminach? Sądzę, że bardzo wątpię.

Mój 6 letni syn jest fanem dinozaurów. Każe w kółko sobie o nich czytać, przegląda książki z nimi, układa puzzle itp. Dyskutując z nim o dinozaurach, nie mam najmniejszych szans. Na przykład poprawia mnie gdy niewłaściwie nazwę jakiegoś dinozaura. I w 99% przypadków ma rację. Na przykładzie dinozaurów uczy się biologii. Ogarnia co to są ssaki, gady, płazy, skąd się wzięły ptaki. Nie trzeba go do tego zachęcać.

A jak myślicie, co by się stało, gdyby w podstawówce wiedza o dinozaurach była w podstawie programowej i byłaby wymagana na egzaminie? Oczywiście natychmiast dinozaury by znielubił. Świadczy o tym wiele eksperymentów psychologicznych – jak coś robimy z własnej chęci, to lubimy to robić. Jak coś robimy pod przymusem, nawet jak wcześniej to lubiliśmy, to już tego nie lubimy.

Sądzę, że pracując pozytywnymi metodami, wspierając zainteresowanie uczniów danym przedmiotem, wzbudzając ciekawość, w ostatecznym rachunku uczeń sam z siebie będzie się tego uczył a w konsekwencji miał wysoki wynik na egzaminie. Dodatkowo, jako dorosły, będzie się dalej tematyką interesował, rozwijał swoją wiedzę z tego zakresu, fascynował nawet. A to prowadzić będzie do tego,  że swoim dzieciom przekazywać będzie nawyk ciekawości świata, zgłębiania jego tajemnic. Jego dzieci zatem będą się chętnie o tym uczyć i tak dalej i tak dalej.

 

MODEL EFEKTYWNOŚCI SZKOLENIA KIRKPATRICKA

Podsumowując temat chciałbym rekomendować wszelkim pedagogom, dyrektorom szkół, nauczycielom wykorzystanie starego ale jarego modelu Kirkpatricka do oceny efektywności lekcji. Ten model w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi, w szczególności szkoleniami, jest znany wszem i wobec. A w szkole chyba nikt o nim nie wie.

O co w nim chodzi?

Otóż postuluje on pomiar efektywności szkoleń (lekcji) na 4 poziomach.

POZIOM 1 – Ocena zadowolenia uczestników ze szkolenia/lekcji

POZIOM 2 – Ocena przyrostu wiedzy i umiejętności po szkoleniu/lekcji

POZIOM 3 – Ocena zachowania uczestników szkolenia/lekcji po szkoleniu (czyli na ile to co się nauczyli przekłada się na ich codzienne funkcjonowanie)

POZIOM 4 – Kalkulacja finansowa podjętych działań szkoleniowych/edukacyjnych (czyli, czy szkolenie przyniosło danej firmie wartości finansowe)

W szkole z lubością sprawdzany jest POZIOM 2 na wszelkich kartkówkach, klasówkach, egzaminach. POZIOM 1, 3 i 4 są całkowicie ignorowane. Nie postuluję od razu pomiarów POZIOMU 3 i 4 (choć byłoby to ciekawe), lecz jedynie pomiar POZIOMU 1.

A co gdyby o nauczycielu świadczyło nie tylko to, jak przygotował klasę do egzaminu, ale także to, że uczniowie lubią przedmiot, który naucza?

Myślę, że znakomicie podniosłoby to także wyniki na POZIOMACH 3 i 4 (co jest długoterminowym celem edukacji), jednocześnie nie zaniżając POZIOMU 2. Osoba lubiąca historię sama z siebie będzie się interesowała historią, nawet jak już skończy szkołę. Na przykład będzie czytać książki historyczne, brać udział w różnych rekonstrukcjach, oglądać filmy historyczne. Czyli lekcje będą także efektywne na POZIOMIE 3. Ktoś kto lubił w szkole polski raczej będzie czytał książki jako dorosły (czyli POZIOM 3) i wpływał dodatnio na rynek księgarski (POZIOM 4) 😊

Ktoś, kto ze szkoły wyniesie nawyk samodzielnego poszerzania swojej wiedzy, umiejętności i kompetencji, w życiu zawodowym, będzie poszerzał wiedzę, umiejętności i kompetencje związane z wykonywanym zawodem. Będzie coraz lepszym menedżerem, pracownikiem, lekarzem, tapicerem, barmanem, a tym samym będzie generował większe PKB, przyczyniał się do większego dobrobytu naszego pięknego państwa (czyli wpływamy na POZIOM 4). Inwestycja w jego edukację liczona finansowo, zwróci się ze znacznym procentem.

A na dodatek będzie szczęśliwszym człowiekiem.

Same korzyści, co nie?

Co ważniejsze? Polski czy matematyka?

 

Będąc w liceum miałem kolegę, który na poważnie traktował pytanie zawarte w tytule. Jako że reprezentował klasę matematyczno-fizyczną, uważał, że matematyka jest najważniejsza a przedmioty humanistyczne są po nic. Jego wywody potwierdzające tę tezę zawsze wzbudzały naszą powszechną wesołość, ponieważ naprawdę on tak uważał i był śmiertelnie obrażony, gdy ktoś się z nim nie zgadzał. Ponadto będąc uczniami intuicyjnie czuliśmy, że zarówno polski, jak i matematyka są na nic, więc w starciu tych dwóch przedmiotów raczej widzieliśmy wynik remisowy. Zero do zera (0:0).

 

Zasadniczo czasem nawet w gazetach albo dysputach akademickich pojawiają się rozważania, co jest istotniejsze. Nauki ścisłe czy humanistyczne? Ostatnio pewną przewagę zdobywają nauki ścisłe, ponieważ świat coraz bardziej się opiera na nowych technologiach. Ponadto, na przykład w Polsce jest niedobór ludzi z wykształceniem ścisłym, a trochę za dużo humanistów. Humaniści ostro walczą o swoje – łatwo się nie poddają. Tu na przykład ciekawa argumentacja humanisty – //mitologiawspolczesna.pl/humanista-inzynier-od-ludzi-pomoze-ci-zaprojektowac-lepsza-aplikacje-firme-budynek/

 

Ale o czym to ja miałem…Aha…

 

WAŻNE TO CO NA EGZAMINIE

Jak już niejednokrotnie wspominałem na tym blogu, od początku tego roku pełnię półetatową funkcję psychologa w pewnej szkole. I jak się okazuje kwestia ważności danych przedmiotów nabiera w pracy psychologa sprawy strategicznej.

Otóż, w zeszłym półroczu, aby móc pracować z uczniami indywidualnie, czasami zabierałem ich z jakiejś lekcji. Piszę to szeptem, gdyż okazało się to niezgodne z przepisami oświatowymi. Nikomu nie mówcie, że tak robiłem, bo za takie działanie mógłbym zostać z pracy zwolniony dyscyplinarnie. W każdym razie jednak, to niezgodne z przepisami postępowanie implikowało konieczność podjęcia ważnych decyzji – z których lekcji można ucznia zabrać do gabinetu psychologa, a z których zabierać nie można. I tak generalnie, po długich rozmowach z kadrą nauczycielską, okazywało się, że lepiej zabierać np. z wychowania fizycznego bądź plastyki, ewentualnie religii. A już z polskiego czy matematyki lepiej nie zabierać. Ergo – polski czy matematyka były ważniejsze niż przedmioty takie jak WF, czy inna muzyka.

Myślę, że pora na pierwszą refleksję tego wpisu. Wstępną. Czy polski i matematyka są w istocie ważniejszymi przedmiotami niż na przykład szydełkowanie? Osobiście uważam, że nie. Wybór polskiego i matematyki (i języka obcego też) jako tych kluczowych został spowodowany jedynie tym, że te akurat przedmioty są na egzaminach. Jest oczywiście lekkie rozróżnienie, bo zanikający egzamin gimnazjalny dodawał jeszcze do polskiego historię, a do matematyki przedmioty przyrodnicze. Ale chodzi mi o to, że rozumowanie pedagogów jest takie, że jak coś jest na egzaminie po podstawówce lub po gimnazjum, to jest ważniejsze, niż to co na tym egzaminie się nie znalazło. I jest to racjonalny z pewnego punktu widzenia argument. Pytanie się nasuwa inne – czy słusznie na egzaminie mamy polski, a nie na przykład szydełkowanie?

 

ZAKAZ ZABIERANIA UCZNIÓW Z LEKCJI

Teraz wrócę do obecnej mojej sytuacji zawodowej i rozpoczęcia roku szkolnego. Jak się okazało, nauczyciele specjaliści, czyli psychologowie szkolni, pedagodzy, logopedzi itp. w myśl przepisów oświatowych nie mogą zabierać uczniów z żadnych lekcji. Zatem problem, czy zabierać ucznia z historii, pływania czy z przyrody przestaje mieć znaczenie. Dylemat pojawia się innego typu. Przy czym jest to dylemat pozorny, gdyż rozwiązanie go jest w przepisach. Dylemat dotyczy tego, co jest ważniejsze – lekcja przedmiotowa czy zajęcia z nauczycielem specjalistą. Dylemat jak pisałem jest pozorny, gdyż decydenci ustalili, że lekcja przedmiotowa (jakakolwiek) jest ważniejsza niż zajęcia indywidualne. Psychologiczne, pedagogiczne, logopedyczne…

Jeśli chodzi o organizację zajęć, to problem jest duży, bo nauczyciel specjalista może z uczniem prowadzić zajęcia przed lekcjami lub po lekcjach. Skutkuje to tym, że z uczniem można prowadzić zajęcia o takich egzotycznych porach jak na przykład godzina 6.30 rano, albo 17.00 popołudniu. Uczniowie i rodzice, co nie dziwne, o takich porach nie bardzo chcą się spotykać, więc tworzy się fikcja, bo pomoc psychologiczna w szkole jest dostępna, ale nie wtedy, kiedy szkoła działa. Trochę mi to przypomina sytuację z mojej ukochanej książki „Paragraf 22”, gdzie z Majorem Majorem można się było umawiać na spotkania wtedy, kiedy go akurat nie było. A kiedy był, to zarządził, aby z nikim go nie umawiać.

Ale sprawy organizacyjne są jedynie odpryskiem decyzji o tym, że zajęcia psychologiczne (na nich się skupię) są mniej ważne niż lekcje dydaktyczne. I tu mi się nasuwa pytanie, czy to jest dobra decyzja czy zła.

 

CO WAŻNIEJSZE – LEKCJA ŻYCIA CZY LEKCJA O MITOCHONDRIACH?

Pewnie domyślacie się, czytając moje poprzednie wpisy, albo patrząc na to, że jestem psychologiem w szkole, iż moja odpowiedź brzmi, że jest to decyzja zła. Nie ze względów organizacyjnych, które opisałem powyżej. Uważam tą decyzję za złą ze względów merytorycznych. Postawię nawet hipotezę, że indywidualne zajęcia psychologiczne są w niektórych, wcale niemałych, przypadkach ważniejsze od lekcji przedmiotowych.

Pisałem już na blogu o tym, co jest wymagane przez pracodawców od swoich podwładnych (tutaj). I w dużej części są to kompetencje miękkie. Nie żadna wiedza o tym, co się zdarzyło pod Racławicami 200 lat temu, ani wiedza o tym, co to jest przydawka, ani wiedza o tym, co to jest styczna do okręgu.

OK. To są dość ważne rzeczy z punktu widzenia, nazwijmy to bycia człowiekiem wykształconym. To są też dla mnie bardzo ciekawe kwestie – naprawdę interesujące. Ale nie kluczowe dla przyszłości ucznia!

Dla przyszłości ucznia, znów się powtórzę, ważne będą następujące rzeczy:

  • W jaki sposób będzie on budował relacje z innymi.
  • W jaki sposób będzie współpracował w grupie.
  • Jak będzie się motywował do działania.

To są rzeczy kluczowe, których rozwijania na lekcjach dydaktycznych często brakuje. Głównie z powodu nacisku na realizację podstawy programowej, która jest właśnie „Paragrafem 22” współczesnej edukacji. Nauczyciele muszą ją realizować i się jej trzymać, choć jest to kompletnie bez sensu…

 

A CO Z INDYWIDUALIZACJĄ NAUCZANIA?

Dodatkowo, istnieje pewien imperatyw pedagogiczny nazywany indywidualizacją procesu nauczania. Chodzi o to, że każdy uczeń powinien od nauczyciela otrzymywać zadania i wsparcie adekwatne do jego poziomu. Wszyscy o tym mówią, ale patrząc na szkołę od środka i rozmawiając z uczniami oraz nauczycielami z różnych placówek, według mnie jest to pusty slogan. Nie da się go w żaden sposób na lekcjach dydaktycznych osiągnąć. I to nie z winy nauczycieli.

Najczęściej polega to na tym, że nauczyciel prowadząc lekcję dostosowuje poziom tej lekcji do średniego poziomu całej klasy. Jest to działanie logiczne i sensowne, gdyż wtedy użyteczność lekcji będzie dla jak największej liczby uczniów największa (a więc nauczyciel działa w myśl utylitaryzmu). Gdyby treść nauczania ów nauczyciel stosował do uczniów zdolniejszych w danym przedmiocie, lub tylko do uczniów, którzy z danym przedmiotem mają trudności, większość klasy albo nic by z tego nie rozumiała, albo się sakramencko nudziła. Zatem wybór jest taki, że większość klasy czerpie korzyść z lekcji. Ale niestety, kilku najlepszych się nudzi, bo to dla nich za łatwe. A kilku najgorszych nic z lekcji nie rozumie, więc też się nudzi, dodatkowo się frustrując, że nic z tego nie rozumieją.

Jedynym remedium na to są zajęcia indywidualne, prowadzone właśnie chociażby przez psychologa lub pedagoga. Z tymi „zdolnymi” można wówczas „iść dalej”, a z tymi, którzy mają kłopoty, starać się podciągać ich umiejętności i samoocenę. Dla obu tych grup, normalne lekcje nic, albo prawie nic nie wnoszą. Zatem warto ich wtedy zwolnić i pozwolić pracować indywidualnie, albo w małych grupach, z nauczycielami specjalistami.

No nic… Zobaczymy jak się sytuacja będzie rozwijać. Może jakiś nacisk na ministerstwo spowoduje, że przepisy staną się bardziej elastyczne. Może każda szkoła indywidualnie podejdzie do zagadnienia i w tajemnicy (trochę tak jak tajne komplety) pozwoli psychologom na pracę z uczniami, dla których lekcje dydaktyczne są mniej wartościowe. Może każdy psycholog na własną rękę  musi sobie wypracować jakiś system pracy pozwalający mu odnaleźć się w tej sytuacji i coś czynić, a nie siedzieć z założonymi rękami.

Co o tym sądzicie? Ciekawy jestem głosów polemicznych.

Obecny uczeń to przyszły pracownik

 

Tak jak ostatnio pisałem, param się od lutego tego roku pracą u podstaw. Konkretnie pracą w szkole – jako psycholog. Bardzo to ciekawe zajęcie, zmuszające do kreatywności oraz rozwiązywania wielu problemów.

W związku z tym, że do tej pory pracowałem głównie z biznesem, mam też, dzięki pracy jako psycholog w szkole, możliwość zobaczenia „innego świata” – odrębnego od biznesu, a jednak silnie nań wpływającego. Przecież obecni uczniowie, za kilka, kilkanaście lat, staną się menedżerami, współpracownikami, podwładnymi. To, jak są teraz kształceni i wychowywani wpływa na to, jak się w pracy zachowywać będą.

Postanowiłem w ramach weekendowego relaksu zatem (pomiędzy sadzeniem kwiatków w ogródku a zabawą w berka z moimi dziećmi) zrobić ćwiczenie myślowe i porównać wymagania szkolne z wymaganiami biznesu. Dzięki temu miałem odpowiedź na pytanie – w jaki sposób szkoła przygotowuje uczniów do przyszłej pracy.

Chciałbym się w szczególności przyjrzeć kompetencjom miękkim. Według badań robionych na Uczelni Koźmińskiego, 80% czynników decydujących o zatrudnieniu kandydata stanowią kompetencje formalne i techniczne. Natomiast 20% stanowią kompetencje miękkie. Przy zwalnianiu zawodnika odwrotnie. Ktoś wylatuje z pracy z powodu w 80% kompetencji miękkich, a tylko 20% z powodu kompetencji formalnych i technicznych. Zatem kompetencje techniczne przydają się w poszukiwaniach pracy, ale żeby się w tej pracy utrzymać i efektywnie działać, niezbędne są kompetencje miękkie.

Na marginesie dodam, że artykuł będzie się odnosił dość krytycznie do naszego systemu edukacji. Jednakże, siląc się na osobiste dygresje, stwierdzam, że do szkoły generalnie mam pozytywny stosunek. Widzę także ogromny potencjał rozwojowy (w sensie szerokie pole do popisu i kreatywnych działań) w tej dziedzinie jaką jest edukacja. Widzę też, że szkoła skupiając się na określonych wartościach – takich jak poczucie bezpieczeństwa, stabilności, pewności – niesie dużo pozytywnego ładunku emocjonalnego. Jest ostoją życia lokalnego, jego ośrodkiem. Niemniej ważne jest też to, że to mój pracodawca, więc bez sensu jest o nim mówić na forum źle.

Ale są też rzeczy, które warto podważać, zmieniać, kwestionować i rozwijać. I dziś o tym będzie!

Ad rem!

 

WYMAGANIA BIZNESOWE

Zacznijmy od wymagań biznesowych. Jakie kompetencje są najczęściej wskazywane przez pracodawców w Polsce jako najważniejsze? Na grupie około 40 firm, których modele kompetencyjne znam, policzyłem jakie kompetencje są w nich najczęściej umieszczane.

I co wyszło?

Zasadniczo wszystko się kręci wokół dwóch obszarów pracy – orientacji zadaniowej oraz kompetencji społecznych.

Cóż to takiego?

Orientacja zadaniowa to motywacja osiągnięć, zdolność do efektywnej pracy, osiągania wyników, kreatywność, zaangażowanie, elastyczność, dynamika, samodzielność, entuzjazm itp.

Kompetencje społeczne natomiast to umiejętność współpracy z innymi, zdolność do efektywnego komunikowania się, nastawienie na realizację celu szerszego niż swój własny indywidualny interes.

Podsumowując – można powiedzieć, że pracodawcy, abstrahując od kompetencji technicznych i formalnych poszukują osób które osiągają cele, a przy okazji dobrze z innymi żyją.

Literalnie najczęstsze kompetencje występujące w modelach kompetencyjnych różnych organizacji w Polsce to właśnie WSPÓŁPRACA oraz ORIENTACJA NA WYNIK.

 

CZEGO UCZY SZKOŁA?

A teraz chodźmy do szkoły. Co w niej napotkamy?

Odwrotność tego, czego rynek pracy oczekuje!  🙂

Zacznijmy od orientacji zadaniowej. Zgodnie z powiedzeniem „z niewolnika nie ma pracownika”, obecnie bardzo wyraźnie wskazuje się na to, że efektywniej działają pracownicy motywowani wewnętrznie. Szczególnie jest to istotne w perspektywie długoterminowej oraz przy zadaniach wymagających kreatywnego podejścia, nowych, skomplikowanych. Jako cel pracy menedżerów i departamentów HR wskazuje się wyzwalanie motywacji wewnętrznej w pracownikach. Pracownik motywowany wewnętrznie jest też zwyczajnie w lepszym humorze niż ten motywowany zewnętrznie, bo ze swojej pracy czerpie radość.

A jak motywujemy uczniów w szkole? W 90% odwołując się do motywacji zewnętrznej. Oceny, sprawdziany, czerwone paski, przymus realizacji podstawy programowej, poprawki, wymagania – wszystko to powoduje, że uczniowie nie cierpią tego, czego się uczą! Jeśli ich do nauki zmuszamy, to krótkoterminowym efektem jest ich negatywny stosunek do szkoły. Długoterminowo natomiast tworzymy pracowników nie umiejących pracować bez nadzoru, szczerze nie cierpiących tego co robią. Nauczyciele z kolei cierpią wcielając się w rolę nadzorców, kontrolerów, zamiast wpajać uczniom zainteresowanie (czyli motywację wewnętrzną) swoim przedmiotem, który przecież uważają za ciekawy (no bo inaczej by go chyba nie uczyli, co nie?).

Pamiętam ze studiów na AWFie, że głównym celem wychowania fizycznego jest przygotowanie uczniów do udziału w kulturze fizycznej w ich dorosłym życiu. Innymi słowy, jest to zbudowanie w uczniach przekonania, że ruch, aktywność jest czymś fajnym i w dorosłym życiu super jest od czasu do czasu pójść na dłuższy spacer, pobiegać, czy pograć z kolegami w siatkówkę. I to się powinno tyczyć każdego przedmiotu! Nie powinno być celem lekcji zrealizowanie podstawy programowej, tylko sprawienie, że uczniowie polubią i zainteresują się historią, biologią, plastyką, polskim i innymi przedmiotami, bo przecież one są fajne same w sobie. Jak się tym uczniowie zainteresują, to sami się będą tych przedmiotów uczyć. Stawianie ocen, wymagania – to wszystko zabija miłość uczniów do przedmiotu. Niszczy ich motywację wewnętrzną…

Co możemy z tym zrobić?

Idealistycznie rzecz ujmując to proponuję wyrzucić podstawę programową do kosza i dać nauczycielom autonomię w rozwijaniu w uczniach miłości do danej dziedziny wiedzy.

Realistycznie natomiast… No cóż – podstawy programowej nie wykreślimy z dnia na dzień jeśli nie jesteśmy Kim Dzong Unem, albo innym jedynowładcą. Sugerowałbym jednak mniejsze skupianie się na podstawie programowej a większe na tym, aby uczniowie polubili nasz przedmiot.  Przy czym, im więcej będziemy im robili kartkówek i klasówek, tym mniejsza szansa na to, że uczniowie przedmiot istotnie polubią. A dzieje się tak, gdyż jak się do czegoś nas zmusza (w tym przypadku do nauki), to zwykle tego nie lubimy.

Biznes byłby nauczycielom bardzo wdzięczny, gdyby to wzięli pod uwagę 🙂

 

JAK SZKOŁA UCZY WSPÓŁPRACY?

Przejdźmy do drugiego zagadnienia – kompetencji społecznych rozumianych jako umiejętność współpracy. Jest to rzecz ze wszech miar pożądana przez pracodawców. Na ile szkoła uczy tej umiejętności?

Trochę uczy. Ale według mnie za mało w stosunku do potrzeb. Według badań, w których sam trochę brałem udział jako badacz, Polacy są narodem mocno nastawionym na indywidualizm. Potrafimy jako przedsiębiorcy ciężko pracować i osiągać sukcesy. Problem się rodzi wtedy, kiedy dwóch przedsiębiorców łączy siły. Nie jest już wtedy tak różowo.

Szkoła niestety mocno wspiera postawę rywalizacyjną, indywidualistyczną. Głównie poprzez to, że sukces ucznia zależy głównie od niego. Ktoś powie – „Dobrze!”. Niech taki uczeń uczy się odpowiedzialności, poczucia konsekwencji (jak się nie nauczę, to dostanę zły stopień, jak się nauczę, dobry). I to jest OK w przypadku, kiedy na rynku pracy oczekiwana jest samodzielna, indywidualna praca poszczególnych jednostek. Rzecz w tym, że tak nie jest. Współpraca, działanie zespołowe przynosi większą korzyść w większości przypadków. A tego w szkole jak na lekarstwo. Współzależności i współpracy pomiędzy uczniami jest niewiele. Raczej każdy ma w domu siedzieć sam i „zakuwać”. To że uczniowie są mądrzy i się czasem wspierają (np. uczą razem), to raczej działanie wbrew systemowi.

Co z tym zrobić?

Więcej wspólnych projektów, mniej klasówek!

A jeśli już robić klasówki, to takie w których cała klasa ma za zadanie je zdać? Jeśli już uczniowie muszą jakiegoś materiału się nauczyć, to może dać im możliwość zadecydowania o podziale materiału między siebie, tak żeby każdy na tej „klasówce” mógł się dołożyć do wspólnego wyniku klasowego? A może w jakiejś formie „zalegalizować” ściąganie w tym sensie, żeby uczniowie mieli możliwość pomagania (choć nie wyręczania) tym, którzy np. mają gorszą pamięć i trudniej jest im materiał przyswoić? To tylko luźne myśli, nieuczesane, choć wiem, że niektóre szkoły (niestety głównie prywatne i społeczne) tak robią.

W imieniu biznesu również za coś takiego byłbym ogromnie systemowi oświaty wdzięczny!  🙂

 

A Wy co to tym sądzicie? Na ile szkoła przygotowuje nas do bycia efektywnym i pozytywnie nastawionym do swojej pracy pracownikiem?