Konkursy recytatorskie, śmiecenie i wyścig szczurów

SCENKA 1

W przedszkolu, do którego uczęszcza dwójka moich starszych dzieci postanowiono przeprowadzić konkurs recytatorski. Konkurs jak konkurs – odbył się bez jakichś turbulencji.

W dniu konkursowym, odbierając dzieci z przedszkola byłem świadkiem, kiedy inny rodzic, odbierając dziecko, zapytał się go: „Jak konkurs?”. Na to dziecko ze złością odpowiedziało, że fatalnie i że już nigdy w żadnym konkursie uczestniczyć nie zamierza.

SCENKA 2

W szkole, w której mam przyjemność pracować, również zrobiono konkurs recytatorski. Wygrała go uczennica i dostała za to nawet jakąś nagrodę. Inny uczeń natomiast, bardzo sfrustrowany tym, że nie on wygrał, wygarnął tej uczennicy, że nagroda, którą dostała „jest nic nie warta”, czy coś w tym stylu. Uczennica się popłakała i tyle było z jej radości ze zwycięstwa. Uczeń zaś otrzymał reprymendę i zdaje się uwagę do dziennika za tę złośliwość.

KONKURSY W SZKOLE – CZEGO UCZĄ?

Widząc te dwie scenki pomyślałem o pożytkach, które płyną z przeprowadzania różnej maści konkursów, olimpiad, rankingów, egzaminów i innych takich wydarzeń w rzeczywistości szkolnej. Postanowiłem temat zgłębić zadając sobie pytanie – O co w tym chodzi? Po co to w ogóle jest? Czemu ten relikt ma służyć?

Dlaczego jest tak silny nacisk na rywalizację w szkole? I to nie tylko w konkursach, ale też poprzez system ocen. Czemu nie uczyć dzieciaki współpracy?

No właśnie… Oto czego konkursy uczą i po co są:

  • Ponoć przygotowują do życia dorosłego

Rozmawiając z pedagogami i rodzicami często słyszę, że nauka rywalizacji jest konieczna, gdyż dzięki niej dzieci poradzą sobie w dorosłym życiu. Dorosłe życie, przekonują te osoby, jest pełne rywalizacji. Osoba nie wprawiona w rywalizacji, nie ma w nim szans.

I cóż na taki argument odpowiedzieć?

Pewnie jest w nim trochę racji. Jak wszystkich uczymy rywalizować, to też i wszyscy rywalizować będą. A jak rywalizują, to trzeba innych do tej rywalizacji przygotować, bo innej drogi nie ma. Koło się zamyka.

Proponuję uczyć w szkole także śmiecenia. Jak widać po naszym pięknym kraju, często śmieci się w różnych miejscach walają. Zatem warto uczyć dzieci, od najmłodszych lat przebywać w środowisku zaśmieconym, tak aby jako dorośli byli do niego przyzwyczajeni. Należy wytępić u dzieci nawyk dbania o czystość, gdyż takie osoby będą miały trudność w życiu dorosłym, źle się czując widząc na ulicy śmiecia.

  • Ponoć zwiększają zapał do nauki i chęć podnoszenia swoich umiejętności

Zapał do nauki, czy zapał do wygrywania? Jakoś jedno z drugim mi się kłóci. Jak już nie jeden raz udowodniono w badaniach, motywacja zewnętrzna jest siłą działającą na krótką metę. Ustaje, gdy obecność kar i nagród wzmacniających zachowanie znika. Motywacja wewnętrzna natomiast istnieje bez względu na to, czy ktoś dostaje dobre oceny, czy nie. Czy wygrywa fajną nagrodę w konkursie tańca ludowego, czy nie.

Dzieci uwielbiają rozwiązywać zagadki, nie dlatego, że mogą za nie dostać dobrą ocenę, ale dlatego, że to jest czynność fajna sama w sobie. Większość z nich ma zapał do nauki bez potrzeby organizowania konkursów. Większość dzieci uwielbia po prostu biegać – nie są im do szczęścia potrzebne żadne biegi organizowane przez dorosłych.

Skutek ingerencji pedagogicznej pod postacią konkursów, w naturalne predyspozycje dzieci do sportu, śpiewania, czytania, eksplorowania świata jest taki, że dzieci przestają to lubić. Tak jak ten przedszkolak, który pewnie do momentu konkursu recytatorskiego, recytować czy też występować publicznie lubił, ale przestał, kiedy okazało się, że w konkursie zajął siódme czy siedemnaste miejsce.

  • Bo dzieci je lubią

No pewnie, że lubią. Lubią też słodycze i gry komputerowe. Zresztą tak samo jak dorośli. Dorośli lubią też alkohol, papierosy i inne używki. Czy to znaczy, że szkoła ma być miejscem, gdzie będziemy mogli dać upust swoim popędom i pragnieniom?

Lubienie to jedno (dzieci spontanicznie podejmują rywalizację – to fakt), a efekt płynący z podejmowania czynności, którą się lubi, to drugie.

Rywalizacja kiedyś (jakieś 50 000 lat temu) na sawannie była ważna. Żeby przetrwać należało się nauczyć wygrywać walkę o pożywienie, schronienie czy wodę. Teraz mamy XXI wiek i naprawdę nie musimy walczyć. Na szczęście cywilizacja na tyle poszła do przodu, że mamy dóbr koniecznych do przeżycia pod dostatkiem.

Rywalizacja, jak wiele innych popędów i nawyków została nam z tych dawnych lat. Mamy silne pragnienie wygrywania. Ale racjonalnie rzecz biorąc jest to kompletnie bez sensu.

  • Bo dzięki temu „wyławiamy” najlepszych

Dyskusyjna bardzo teza. Nie to, że się z nią zupełnie nie zgadzam. Może coś w tym jest. Jeśli organizujemy konkurs matematyczny i jakieś dziecko go wygrywa, to zakładamy, że to talent matematyczny. Można z tą osobą pracować inaczej, dawać jej ambitniejsze zadania do zrobienia, inwestować w jej rozwój w tej dziedzinie. I to jest OK, gdyby nie fakt, że wygrana tej jednej osoby oznacza przegraną pozostałych dziewięciuset dziewięćdziesięciu dziewięciu. Czy to oznacza, że nie warto w nich inwestować? Że nie są zdolni? Przecież często o zwycięstwie decyduje jeden punkt, lepsza dyspozycja dnia, przypadek…

Mam problem z tymi różnymi konkursami, gdyż po prostu nie są one od strony pomiaru rzetelne. Wybór najlepszych na podstawie jednego konkursu budzi wiele wątpliwości metodologicznych. Raz wygra jeden, raz drugi uczeń.

A już nie mówię o konkursach, w których ocenia się dzieci, które ładniej  śpiewa, tańczy, recytuje czy rysuje. Mi się to kompletnie w głowie nie mieści. Jeszcze w sporcie to rozumiem – ten przebiegł szybciej, a tamten rzucił dalej. Ale w sztuce??? Dziedzinie kompletnie niemierzalnej???

  • Bo tak było zawsze

Niestety wszyscy się do takiego stanu rzeczy przyzwyczailiśmy. Dopiero niedawno odkryłem, że wszystkie te porównania, konkursy i oceny to zło, z którym należy walczyć. Wcześniej po prostu żyłem w tym systemie i nie przeszkadzało mi to. Sam lubię rywalizację i często udawało mi się odnosić zwycięstwa, więc w ogóle nie zwracałem uwagi na to, jakie to ma skutki.

ZDROWA RYWALIZACJA

Czy rywalizacja może jednak przynieść jakieś pozytywne skutki?

Owszem może. Ale jej specyficzny rodzaj. Mianowicie rywalizacja ze sobą samym.

Polega to na tym, że porównujemy uzyskany wynik, czy ocenę osoby z jej uprzednimi wynikami. Zasadniczo chodzi nam o rozwój, więc szukamy tych momentów, kiedy ktoś daje radę i polepsza się w jakiejś dziedzinie.

Może to też być rywalizacja grupowa. W tym sensie, że cała grupa jest oceniana i porównywana do jakiegoś wyniku uprzedniego. Najłatwiej to zrobić na wuefie. Na przykład dajemy dzieciakom zadanie biegania przez 10 minut i liczymy sumaryczny dystans wszystkich osób, które przebiegły. Ten wynik porównujemy na przykład z wynikiem osiągniętym pół roku temu.

Dzieciaki i tak się same ze sobą będą ścigać, więc po co to wzmacniać porównaniami pomiędzy nimi? W sytuacji rywalizacji ze sobą samym nawet ci, co najsłabiej biegają będą mieli pozytywny wpływ na wynik grupy, bo przebiegnięty przez nich dystans też się będzie dodawał do ogólnej puli.

A może nawet w tej sytuacji, dzieci będą sobie wzajemnie pomagać, dopingować, wspierać? Uczymy tym sposobem współpracy – kompetencji ogromnie pożądanej na rynku pracy (pisałem o tym wiele razy, na przykład tutaj), a nie wzmacniamy rywalizacji, której jest pod dostatkiem i której pracodawcy zupełnie nie potrzebują w jeszcze większych ilościach.

Urzędnik, faraon, coach, rodzic, trener, klawisz, usługodawca? Jaka tu jest relacja?

Już po raz kolejny to piszę, ale przypominam, że od roku mam przyjemność pracować w szkole.

Jak też już pisałem uprzednio, jest to dla mnie, i ciekawe, i rozwijające, i trochę straszne. Czasem też śmieszne. W każdym razie, patrząc na bloga i tematy, które opisuję, coraz więcej w nich szkoły, a coraz mniej biznesu.

KTO KLIENTEM OSOBY SKRĘCAJĄCEJ W FABRYCE ŚRUBKI?

Zasadniczo wpis będzie o szkole, ale zacznę od biznesu. Często pracując z tym obszarem, definiuję wraz z klientami relacje łączące uczestników interakcji w jakimś systemie. Na przykład w jednym z ostatnich projektów, w których miałem okazję pracować, w pewnej organizacji wdrożono model kompetencji. W tymże modelu jest kompetencja ORIENTACJA NA KLIENTA. Ta kompetencja została przypisana do wielu działów jako konieczna w efektywnym wykonywaniu pracy. Między innymi do działu produkcji. Dość długo zastanawialiśmy się z przedstawicielami tego działu, kto jest ich klientem. W końcu dział produkcji zajmuje się produkcją i ma zrobić towar o określonych parametrach. Tyle…

Czemu więc szef każe myśleć o kliencie???

Na koniec okazało się, że ma to sens… W każdym razie, to była niezwykle ważna dyskusja porządkująca myślenie i wytyczająca kierunek zachowania się osób z działu produkcji.

KTO JEST KLIENTEM NAUCZYCIELA?

Zainspirowany tą dyskusją pomyślałem sobie o szkole, i o tym jak opisać relację łączącą ucznia i nauczyciela. Kto tu jest klientem, a kto usługodawcą? A może to zupełnie nietrafne i jakiś inny opis pasuje bardziej?

Zrobiłem sobie listę opisów relacji ucznia i nauczyciela. Poniżej ją znajdziecie. Najpierw zacznę od relacji, które w mojej opinii są najczęściej spotykane, lecz z drugiej strony, najmniej pożądane.

Idąc tym tropem – będę stopniowo przechodził do takich, które nie występują (lub występują z rzadkością), a w mojej idealnej rzeczywistości występować powinny 😊

Gotowi?

1. TRENER – SPORTOWIEC

Według mnie jest to najpowszechniejsza forma relacji pomiędzy uczniami i nauczycielem.

O co w tym chodzi? Proste – chodzi o to, żeby uczniowie mieli jak najwyższe wyniki na egzaminie kończącym szkołę.

Wszelkie metody dozwolone – korepetycje, dodatkowe zajęcia z przedmiotu, zadawanie prac domowych, ciągłe powtarzanie „musicie się uczyć”, motywowanie jedynkami itd. Efekt jest tego taki, że większość uczniów, kończąc szkołę, perfekcyjnie jest przygotowana do dalszego wyścigu (dalszych zawodów) – na uczelni czy w pracy. Nijak się ten wyścig przekłada na satysfakcjonujące i wartościowe życie, ale to nieważne. Ważne, żeby mieć wysoki wynik na teście. Ważne żeby się ścigać.

Mi się to strasznie nie podoba w każdym razie.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że nie jest ważny wynik na teście. Ja bym chciał, żeby uczniowie wyrośli na kompetentnych, pożytecznych i szczęśliwych ludzi. Co ma do tego wynik testu sprawdzającego ich wiedzę? Ktoś mi to wytłumaczyć umie?

2. FARAON – PODDANY

Mam na myśli oczywiście, że nauczyciel to faraon a poddanym jest uczeń, choć część osób może myśleć na odwrót (i na niektórych lekcjach może też być tak, że to uczniowie „rządzą”).

Pewnego pięknego dnia, miałem okazję rozmawiać z jednym z nauczycieli i w trakcie tej rozmowy usłyszałem słowa, że uczeń nie ma prawa się tak zachowywać jak się zachowuje, gdyż „ja (czyli nauczyciel przyp.red.) tu rządzę”. Chodziły te słowa za mną dobre parę dni.

Myślę, że co jak co, ale rządzenie to chyba akurat ostatnia z rzeczy, którą nauczyciel powinien robić. Od rządzenia jest rząd, samorząd, zarząd. Nauczyciel (chyba…) jest od uczenia innych, przekazywania wiedzy, kształtowania dobrych nawyków, wychowywania.

Jak jedno można pogodzić z drugim??? Albo rządzę, albo wychowuję, tak mi się wydaje…

BTW: Tak w ogóle to te przemyślenia o rządzeniu zaprowadziły mnie na stronkę Polskiego Ruchu Monarchistycznego //monarchia.org.pl/ Polecam poczytać – jest naprawdę zabawnie (mnie szczególnie frapuje ten dyplom Akademii Informatycznej dla księcia Wierzchowskiego…)

Tam jest miejsce na mrzonki o rządzeniu. Nie w klasie 😊

3. KLAWISZ – WIĘZIEŃ

Nie ja wymyśliłem tę metaforę, lecz zgadzam się z nią w wielu aspektach. Niektórzy postępowi pedagodzy twierdzą, że szkoła bardzo przypomina więzienie. Uczniowie muszą do niej chodzić. Nie ma możliwości niechodzenia. Trochę to przypomina nakaz pracy w PRLu😊

Uczniowie muszą chodzić na te, a nie inne zajęcia dedykowane do tej klasy. Nieważne, czy im się to podoba, czy nie, czy jest wartościowe czy nie. Nie mają nic do powiedzenia.

Nie mogą opuszczać budynku szkoły w trakcie zajęć. Ba, nie mogą opuszczać klasy w trakcie lekcji. Nawet nie bardzo mogą sobie wstać z krzesła i pochodzić po sali. Zadaniem nauczyciela jest kontrola. Jak uczeń wstanie i wyjdzie z sali bez uzasadnienia, to dostaje słowną reprymendę, albo karę w postaci uwagi w dzienniku. Jeśli uczeń sobie wyjdzie ze szkoły, ot tak, to zadaniem nauczyciela jest powiadomić dyrektora o tym fakcie, a dyrektor musi o tym zawiadomić policję. Prawo mówi wyraźnie, że jak uczeń wpadnie w tym czasie pod auto, to dyrektor szkoły odpowiada karnie za to zdarzenie.

Rytm szkoły jest oddzielony dzwonkami, o określonych porach. Raz na 45 minut można wyjść na spacerniak i sobie pochodzić.

Byle nie biegać. Bo można coś sobie zrobić, albo się spocić.

4. URZĘDNIK – PETENT

Ostatnio widziałem obrazek ciekawy, kiedy to tłum uczniów oblegał pokój nauczycielski. Oczekiwali oni na moment, w którym nauczyciel zje swoją kanapkę i podejdzie do nich, aby można było jakąś formalność załatwić. Chodziło o jakiś podpis, czy coś. Brakowało mi w tym obrazku jedynie czapek w rękach uczniów, którzy by je mięli w rękach. Bo wbity w ziemię wzrok się zgadzał.

Czy szkoła nie przypomina obecnie urzędu, w którym liczą się głównie formalności właśnie?

Uczniowie chodzą do niej, aby na koniec zdobyć papier uprawniający ich do dalszej edukacji, czyli świadectwo. Nauczyciele decydują w jakiej formie uczeń ów dokument dostanie – pełnią urzędniczą rolę.

5. USŁUGODAWCA – KLIENT

No właśnie. Jak Wam się ten opis podoba w odniesieniu do nauczyciela i ucznia? Tak na zdrowy rozum, to właśnie o to chodzi. Nauczyciel dostaje pensję, za to, że edukuje konkretną grupę osób (czyli uczniów). Pieniędzy nie otrzymuje wprost. To rodzice tych osób i inni członkowie społeczeństwa płacąc podatki, zrzucają się na jego skromne wynagrodzenie, które wypłaca mu poborca tychże podatków, czyli państwo.

Idąc tym śladem, można przyjąć, że nauczyciel powinien mieć rolę podrzędną lub co najwyżej partnerską wobec ucznia i uwzględniać ucznia (oraz jego rodziców jako sponsorów) oczekiwania. Zresztą do momentu powstania nowoczesnego systemu szkolnego, czyli na przełomie XVIII i XIX wieku tak to działało. Bogaci synowie i córki mieli guwernantów. Płacił tata i oczekiwał konkretnych rzeczy. Guwernant te oczekiwania miał za zadanie spełnić.

Ważna w tej relacji jest ocena pracy nauczyciela dokonywana przez klientów, czyli uczniów i rodziców. Teraz nie ma takiej rzeczy. Nauczyciela ocenia jedynie organ prowadzący (czyli dyrektor). Rodzice płacą pieniądze w podatkach i nie mają żadnego wpływu na pracę nauczyciela. Jak im się jakiś nie podoba, co najwyżej mogą zmienić szkołę. To trochę dziwny układ. Generalnie jak komuś płacę pieniądze, to mam prawo wymagać od niego. Ale w szkole jest odwrotnie. Nauczyciel dostaje pieniądze, ale ocenia i stawia wymagania uczniom…

Mnie się ten opis w każdym razie dość podoba (szczególnie, że też jestem rodzicem i mam pewne oczekiwania wobec nauczycieli), ale sądzę, że są jeszcze lepsze.

6. COACH – COACHEE

To postulat bardzo nowoczesny, bardzo modny i pewnie w ogóle nie uwzględniany w rzeczywistości szkolnej. Relacja coacha z coachee zakłada, że coachee pracuje na własnych zasobach i potencjale. Z drugiej strony duża grupa nauczycieli często sądzi, że większość uczniów zasobów żadnych nie posiada. Uczniowie są leniwi, więc wiedzę należy im wtłaczać do głów metodami siłowymi.

Ja tu protestuję, albowiem nie sądzę, że dzieci są głupsze od dorosłych. Ba… Większość głupot na świecie robią dorośli (jak np. zatruwanie środowiska naturalnego czy budowanie bomb atomowych).

Sam staram się często pracować metodami coachingowymi z dziećmi na zajęciach indywidualnych lub grupowych. Równie często obserwuję pozytywne skutki tego. Te skutki to wysokie obustronne zaufanie, otwartość w komunikacji, skupienie na rozwiązaniu problemu itp.

Jasne, że nauczyciel nie powinien być tylko coachem. Ważne jest aby projektował środowisko bogate w stymulacje dla ucznia. Ale dużą część czasu pracy z klasą rekomenduję, aby pracować podejściem coachingowym.

7. RODZIC – DZIECKO

W pewnej klasie prowadzę od czasu do czasu zajęcia. Jest to klasa dość niesforna (ciężko poddająca się szkolnej tresurze😊). Zatem z nauczycielem wychowawcą tej klasy rozmawiamy o tym, jak sprawić, żeby klasa na zajęciach była spokojna, cichutka, potakiwała grzecznie głowami jeśli nauczyciel (czyli ja😊) coś mówi.

Dyskutując o różnych środkach, które do tego prowadzą, usłyszałem od tej nauczycielki zdanie: „wiesz, chcę te dzieci traktować, tak jak traktuję własne dzieci”. I to mi otworzyło oczy! Tak – o to chodzi!

Nauczycielu, traktuj ucznia w szkole, tak jak chciałbyś żeby Twoje dziecko było traktowane. Akceptuj bezwarunkowo jego osobę. Stawiaj granice, ale nie uciekaj się do przemocy, do krzyku. Okazuj zaufanie. Stwarzaj warunki do rozwoju. Dawaj wyzwania. Ale bądź blisko, kiedy sobie z nimi nie radzi. Okazuj wsparcie, kiedy tego potrzebuje.

Bądź po prostu człowiekiem.

Uczeń/uczennica na Ciebie patrzy i będzie kopiować to, co Ty sam robisz. Będziesz ich traktował normalnie, to on/ona będzie normalnie traktować Ciebie.

Mi się to przynajmniej sprawdza…

PODSUMOWANIE

A Wy jak myślicie?

Który opis relacji jest najbliższy rzeczywistości?

A który jest najbardziej pożądany?

A może macie w głowie jakiś inny rodzaj, nieopisany powyżej? Może czegoś nie uwzględniłem?

Dajcie znać, proszę, co o tym sądzicie?