Coaching niedyrektywny nie istnieje

Kilka lat temu miałem okazję uczestniczyć w kursie coachingowym. Generalnie oceniam go bardzo wysoko. Mnóstwo się wtedy nauczyłem o komunikacji, o słuchaniu, o braniu pod uwagę opinii innych osób. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że rozwinąłem się na tych zajęciach, a z wielu konceptów i narzędzi, których się wówczas nauczyłem korzystam do dziś. Zatem polecam właściwie każdemu, aby odbył kurs coachingowi, nawet jak coachem zostać nie zamierza. I tak wiele z niego wyniesie.

POCZĄTKUJĄCY COACH

Mimo tych pozytywnych opinii jakie przedstawiam, kurs był dla mnie ciężkim przeżyciem. Może to zresztą tak ma być, że szkolenia fajne i łatwe nie wnoszą wiele, natomiast te, na których musisz się napocić przynoszą wymierne efekty. A moje pocenie się i mordęga wiązały się z pewnym założeniem, które w pracy coachingowej istnieje. A owo założenie brzmi: Coach to osoba, która w żaden sposób nie kieruje pracą coachee i nie ma prawa podsuwać mu swoich pomysłów, preferencji, rad, oczekiwań itp.

Upraszczając, coach ma zadawać pytania, które pozwalają osobie coachowanej osiągnąć zamierzone rezultaty sesji. Coach ma być w pewnym sensie lustrem, w którym się coachee przegląda. Osobiste poglądy, przemyślenia i fantazje coacha odrzucamy, bo wpływają na coachowanego i mącą mu tylko.

Doradca/ trener/ konsultant/ mentor inaczej. Może, a wręcz powinien dawać rady, zabierać głos w sprawach istotnych dla klienta, służyć swoją ekspertyzą.

Już podczas jednego z pierwszych ćwiczeń w których wcielałem się w rolę coacha coś nie grało. Osoba coachowana wymyśliła otóż problem z tym, że brakuje jej czasu na regularną naukę języka angielskiego. Pytaniami zdiagnozowawszy sytuację, najrozsądniejszym wyjściem okazała się w tej sytuacji nauka języka w formie audio, w trakcie dojazdów do pracy autem. Ale osoba coachowana jakoś na to wpaść nie mogła. A coach nie może nic sugerować, więc temat krążył naokoło i naokoło. W końcu eureka! Coachowany wpadł na ten pomysł i się do niego zapalił. Coach poczuł wielką ulgę.

Jak oceniam tę minisesję z coachingowego punktu widzenia?

Z jednej strony efekty został osiągnięty – wypracowany został system nauki języka w trakcie dojazdu autem do pracy. Z drugiej, coach nie wcielił się w ogóle w rolę coacha, więc to nie był w zasadzie coaching. Coach wpadł na rozwiązanie i na dodatek odczuwał emocje. Najpierw zniecierpliwienie, że coachowany nie może wpaść na rozwiązanie, a potem ulgę, że w końcu to się udało.

Nie tak przecież powinien wyglądać coaching!

Więc przez cały kurs oraz kilka lat od czasu gdy go ukończyłem ćwiczyłem się w nieokazywaniu emocji, nie sugerowaniu klientom niczego, nie nakierowywaniu pytaniami na rozwiązanie jeśli miałem okazję pełnić rolę coacha.

 

COACHING NIEDYREKTYWNY NIE ISTNIEJE

Aż wreszcie ostatnio zrozumiałem, że to nie ma sensu. Nie wykorzenię mojej osobowości z procesu coachingowego. Nie będę nigdy lustrem, tak jak jest to zapisane w modelowym wzorze coachingu. Co więcej – nikt tego nie osiągnie, choćby nawet nie wiem jak się starał.

Coaching niedyrektywny nie istnieje!

Być może w odległej galaktyce są coachowie, którzy do perfekcji opanowali siebie i są gładcy jak szklanka. Nie sugerują, nie oceniają, nie dają rad, nie odczuwają emocji związanych z osobą coachowaną. Wówczas jednak musimy przyjąć pewne założenie:

  1. Albo nie są ludźmi
  2. Albo są swego rodzaju psychopatami (definiowanymi w tym przypadku jako osoby nie odczuwające emocji albo osoby nałogowo kłamiące, które potrafią ukryć całkowicie swoje prawdziwe emocje)

Prawdopodobnie jednak wszyscy coachowie to jednak ludzie, a przeważająca ich większość to osoby najzupełniej zdrowe psychicznie.

Możliwe jest jednak opanowanie do pewnego stopnia swoich wypowiedzi i trzymanie się zasad coachingu takich jak np. „nie oceniaj” na poziomie werbalnym. Czyli patrząc na stenogram rozmowy widzimy, że coach nie ocenia. To jest ekstremalnie trudne, ale być może nie niemożliwe.

Jest jednak obszar nad którym nie ma kontroli. To obszar pozawerbalny, najczęściej dotyczący mimiki twarzy.

 

MIKROEKSPRESJE

Mikroekspresje to mimowolne skurcze mięśni twarzy obrazujące emocje. Trwają od około 1/25 do 1/15 sekundy i są niemożliwe do świadomego zaobserwowania. To że ich nie widzimy świadomie, nie znaczy, że nie oddziałują na nas. Wielokrotne badania na temat ekspozycji podprogowych wykazują, że jesteśmy bardzo podatni na nią, oczywiście zupełnie nie zdając sobie sprawy z ich istnienia.

Łącząc fakt że ludzie nie panują nad mikroekspresjami, nawet jeśli bardzo się starają, z faktem, że mikroekspresje oddziałują na odbiorcę, mamy wniosek, że trudno mówić o niedyrektywnym coachingu. Jest on wręcz niemożliwy do zaistnienia. Jednocześnie jest bardzo trudny do uświadomienia.

Gdy coach jest zadowolony i akceptuje, to co mówi coachee mikroekspersja to zdradza. Coachee tego nie dostrzega, ale jego mózg znakomicie to rejestruje. Więc coachee jeszcze bardziej mówi to co coachowi się podoba, a coach coraz bardziej jest zadowolony „z postępów” coachee, czemu daje wyraz mikroekspresją.

Gdy po sesji zapytamy coacha, czy wpływał świadomie na coachee, z pełnym przekonaniem odpowie, że nie. Gdy spytamy coachee, czy czuł, że coach wpływa na niego, również z całą pewnością powie, że nie. A rzeczywistość będzie zupełnie inna od ich wyobrażeń.

 

SZKODLIWOŚĆ COACHINGU NIEDYREKTYWNEGO

I tu jest największy problem. Że obie strony nie zdają sobie sprawy z działania tego mechanizmu. Są więc podatne na jego wpływ bez wiedzy o tym, że taki wpływ istnieje. Coach łamie podstawową zasadę „niedyrektywności”, w taki sposób, że coachowany w ogóle tego nie dostrzega. Swoje nieświadome projekcje imputuje nieświadomości coachee. Być może nawet w większości przypadków efekt tego działania jest pozytywny. Ale nie uzyskujemy go sposobem, na który się umówiliśmy, że go zastosujemy.

 

ROZWIĄZANIE

Co więc proponuję?

Pierwsza opcja to granie przez coacha w otwarte karty. Nie chowaj swoich przemyśleń do kieszeni – otwarcie mów coachowanemu o tym, co ty sądzisz. Wówczas oczywiście wpływasz na niego. Ale wpływasz otwarcie i coachowany ma wybór, czy się z tobą zgadzać, czy nie. Jeśli nie jesteś otwarty wobec coachowanego, paradoksalnie, nie dajesz mu szans na podejmowanie świadomych decyzji.

Druga opcja to coaching przez telefon. Wtedy mikroekspresje nie są dla osoby coachowanej odczuwalne. Oczywiście dalej to, w jaki sposób zadajesz pytania, na jaki obszar zwracasz uwagę, jak operujesz tonem głosu może wpływać na osobę coachowaną. Niemniej jednak łatwiej to wychwycić. Jest to, tak jak wspomniałem na początku, piekielnie trudne, ale nie niemożliwe

4 odpowiedzi do “Coaching niedyrektywny nie istnieje”

  1. Rzeczywiście to punkt widzenia początkującego coacha, który na dodatek nie pracuje nad sobą, swoim rozwojem i nad pozwoleniem innym, by mieli swoją rację 🙂 Proponuję jednak odbyć proces coachingowy z doświadczonym coachem, wtedy z pewnoscią napisze pan inny artykuł.

    1. Pani Alu. Dziękuję za komentarz. Niemniej jednak jest on pozbawiony merytorycznych argumentów a skupia się na ataku personalnym. Wytyka mi Pani co robię i kim jestem zamiast polemizować z treścią artykułu. Zatwierdziłem ten komentarz, aby pokazać jakich komentarzy w przyszłości zatwierdzać nie będę (właśnie takich!).
      Atak na osobę – nie zatwierdzam.
      Argumenty merytoryczne – zatwierdzam.
      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *