Urzędnik, faraon, coach, rodzic, trener, klawisz, usługodawca? Jaka tu jest relacja?

Już po raz kolejny to piszę, ale przypominam, że od roku mam przyjemność pracować w szkole.

Jak też już pisałem uprzednio, jest to dla mnie, i ciekawe, i rozwijające, i trochę straszne. Czasem też śmieszne. W każdym razie, patrząc na bloga i tematy, które opisuję, coraz więcej w nich szkoły, a coraz mniej biznesu.

KTO KLIENTEM OSOBY SKRĘCAJĄCEJ W FABRYCE ŚRUBKI?

Zasadniczo wpis będzie o szkole, ale zacznę od biznesu. Często pracując z tym obszarem, definiuję wraz z klientami relacje łączące uczestników interakcji w jakimś systemie. Na przykład w jednym z ostatnich projektów, w których miałem okazję pracować, w pewnej organizacji wdrożono model kompetencji. W tymże modelu jest kompetencja ORIENTACJA NA KLIENTA. Ta kompetencja została przypisana do wielu działów jako konieczna w efektywnym wykonywaniu pracy. Między innymi do działu produkcji. Dość długo zastanawialiśmy się z przedstawicielami tego działu, kto jest ich klientem. W końcu dział produkcji zajmuje się produkcją i ma zrobić towar o określonych parametrach. Tyle…

Czemu więc szef każe myśleć o kliencie???

Na koniec okazało się, że ma to sens… W każdym razie, to była niezwykle ważna dyskusja porządkująca myślenie i wytyczająca kierunek zachowania się osób z działu produkcji.

KTO JEST KLIENTEM NAUCZYCIELA?

Zainspirowany tą dyskusją pomyślałem sobie o szkole, i o tym jak opisać relację łączącą ucznia i nauczyciela. Kto tu jest klientem, a kto usługodawcą? A może to zupełnie nietrafne i jakiś inny opis pasuje bardziej?

Zrobiłem sobie listę opisów relacji ucznia i nauczyciela. Poniżej ją znajdziecie. Najpierw zacznę od relacji, które w mojej opinii są najczęściej spotykane, lecz z drugiej strony, najmniej pożądane.

Idąc tym tropem – będę stopniowo przechodził do takich, które nie występują (lub występują z rzadkością), a w mojej idealnej rzeczywistości występować powinny 😊

Gotowi?

1. TRENER – SPORTOWIEC

Według mnie jest to najpowszechniejsza forma relacji pomiędzy uczniami i nauczycielem.

O co w tym chodzi? Proste – chodzi o to, żeby uczniowie mieli jak najwyższe wyniki na egzaminie kończącym szkołę.

Wszelkie metody dozwolone – korepetycje, dodatkowe zajęcia z przedmiotu, zadawanie prac domowych, ciągłe powtarzanie „musicie się uczyć”, motywowanie jedynkami itd. Efekt jest tego taki, że większość uczniów, kończąc szkołę, perfekcyjnie jest przygotowana do dalszego wyścigu (dalszych zawodów) – na uczelni czy w pracy. Nijak się ten wyścig przekłada na satysfakcjonujące i wartościowe życie, ale to nieważne. Ważne, żeby mieć wysoki wynik na teście. Ważne żeby się ścigać.

Mi się to strasznie nie podoba w każdym razie.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że nie jest ważny wynik na teście. Ja bym chciał, żeby uczniowie wyrośli na kompetentnych, pożytecznych i szczęśliwych ludzi. Co ma do tego wynik testu sprawdzającego ich wiedzę? Ktoś mi to wytłumaczyć umie?

2. FARAON – PODDANY

Mam na myśli oczywiście, że nauczyciel to faraon a poddanym jest uczeń, choć część osób może myśleć na odwrót (i na niektórych lekcjach może też być tak, że to uczniowie „rządzą”).

Pewnego pięknego dnia, miałem okazję rozmawiać z jednym z nauczycieli i w trakcie tej rozmowy usłyszałem słowa, że uczeń nie ma prawa się tak zachowywać jak się zachowuje, gdyż „ja (czyli nauczyciel przyp.red.) tu rządzę”. Chodziły te słowa za mną dobre parę dni.

Myślę, że co jak co, ale rządzenie to chyba akurat ostatnia z rzeczy, którą nauczyciel powinien robić. Od rządzenia jest rząd, samorząd, zarząd. Nauczyciel (chyba…) jest od uczenia innych, przekazywania wiedzy, kształtowania dobrych nawyków, wychowywania.

Jak jedno można pogodzić z drugim??? Albo rządzę, albo wychowuję, tak mi się wydaje…

BTW: Tak w ogóle to te przemyślenia o rządzeniu zaprowadziły mnie na stronkę Polskiego Ruchu Monarchistycznego //monarchia.org.pl/ Polecam poczytać – jest naprawdę zabawnie (mnie szczególnie frapuje ten dyplom Akademii Informatycznej dla księcia Wierzchowskiego…)

Tam jest miejsce na mrzonki o rządzeniu. Nie w klasie 😊

3. KLAWISZ – WIĘZIEŃ

Nie ja wymyśliłem tę metaforę, lecz zgadzam się z nią w wielu aspektach. Niektórzy postępowi pedagodzy twierdzą, że szkoła bardzo przypomina więzienie. Uczniowie muszą do niej chodzić. Nie ma możliwości niechodzenia. Trochę to przypomina nakaz pracy w PRLu😊

Uczniowie muszą chodzić na te, a nie inne zajęcia dedykowane do tej klasy. Nieważne, czy im się to podoba, czy nie, czy jest wartościowe czy nie. Nie mają nic do powiedzenia.

Nie mogą opuszczać budynku szkoły w trakcie zajęć. Ba, nie mogą opuszczać klasy w trakcie lekcji. Nawet nie bardzo mogą sobie wstać z krzesła i pochodzić po sali. Zadaniem nauczyciela jest kontrola. Jak uczeń wstanie i wyjdzie z sali bez uzasadnienia, to dostaje słowną reprymendę, albo karę w postaci uwagi w dzienniku. Jeśli uczeń sobie wyjdzie ze szkoły, ot tak, to zadaniem nauczyciela jest powiadomić dyrektora o tym fakcie, a dyrektor musi o tym zawiadomić policję. Prawo mówi wyraźnie, że jak uczeń wpadnie w tym czasie pod auto, to dyrektor szkoły odpowiada karnie za to zdarzenie.

Rytm szkoły jest oddzielony dzwonkami, o określonych porach. Raz na 45 minut można wyjść na spacerniak i sobie pochodzić.

Byle nie biegać. Bo można coś sobie zrobić, albo się spocić.

4. URZĘDNIK – PETENT

Ostatnio widziałem obrazek ciekawy, kiedy to tłum uczniów oblegał pokój nauczycielski. Oczekiwali oni na moment, w którym nauczyciel zje swoją kanapkę i podejdzie do nich, aby można było jakąś formalność załatwić. Chodziło o jakiś podpis, czy coś. Brakowało mi w tym obrazku jedynie czapek w rękach uczniów, którzy by je mięli w rękach. Bo wbity w ziemię wzrok się zgadzał.

Czy szkoła nie przypomina obecnie urzędu, w którym liczą się głównie formalności właśnie?

Uczniowie chodzą do niej, aby na koniec zdobyć papier uprawniający ich do dalszej edukacji, czyli świadectwo. Nauczyciele decydują w jakiej formie uczeń ów dokument dostanie – pełnią urzędniczą rolę.

5. USŁUGODAWCA – KLIENT

No właśnie. Jak Wam się ten opis podoba w odniesieniu do nauczyciela i ucznia? Tak na zdrowy rozum, to właśnie o to chodzi. Nauczyciel dostaje pensję, za to, że edukuje konkretną grupę osób (czyli uczniów). Pieniędzy nie otrzymuje wprost. To rodzice tych osób i inni członkowie społeczeństwa płacąc podatki, zrzucają się na jego skromne wynagrodzenie, które wypłaca mu poborca tychże podatków, czyli państwo.

Idąc tym śladem, można przyjąć, że nauczyciel powinien mieć rolę podrzędną lub co najwyżej partnerską wobec ucznia i uwzględniać ucznia (oraz jego rodziców jako sponsorów) oczekiwania. Zresztą do momentu powstania nowoczesnego systemu szkolnego, czyli na przełomie XVIII i XIX wieku tak to działało. Bogaci synowie i córki mieli guwernantów. Płacił tata i oczekiwał konkretnych rzeczy. Guwernant te oczekiwania miał za zadanie spełnić.

Ważna w tej relacji jest ocena pracy nauczyciela dokonywana przez klientów, czyli uczniów i rodziców. Teraz nie ma takiej rzeczy. Nauczyciela ocenia jedynie organ prowadzący (czyli dyrektor). Rodzice płacą pieniądze w podatkach i nie mają żadnego wpływu na pracę nauczyciela. Jak im się jakiś nie podoba, co najwyżej mogą zmienić szkołę. To trochę dziwny układ. Generalnie jak komuś płacę pieniądze, to mam prawo wymagać od niego. Ale w szkole jest odwrotnie. Nauczyciel dostaje pieniądze, ale ocenia i stawia wymagania uczniom…

Mnie się ten opis w każdym razie dość podoba (szczególnie, że też jestem rodzicem i mam pewne oczekiwania wobec nauczycieli), ale sądzę, że są jeszcze lepsze.

6. COACH – COACHEE

To postulat bardzo nowoczesny, bardzo modny i pewnie w ogóle nie uwzględniany w rzeczywistości szkolnej. Relacja coacha z coachee zakłada, że coachee pracuje na własnych zasobach i potencjale. Z drugiej strony duża grupa nauczycieli często sądzi, że większość uczniów zasobów żadnych nie posiada. Uczniowie są leniwi, więc wiedzę należy im wtłaczać do głów metodami siłowymi.

Ja tu protestuję, albowiem nie sądzę, że dzieci są głupsze od dorosłych. Ba… Większość głupot na świecie robią dorośli (jak np. zatruwanie środowiska naturalnego czy budowanie bomb atomowych).

Sam staram się często pracować metodami coachingowymi z dziećmi na zajęciach indywidualnych lub grupowych. Równie często obserwuję pozytywne skutki tego. Te skutki to wysokie obustronne zaufanie, otwartość w komunikacji, skupienie na rozwiązaniu problemu itp.

Jasne, że nauczyciel nie powinien być tylko coachem. Ważne jest aby projektował środowisko bogate w stymulacje dla ucznia. Ale dużą część czasu pracy z klasą rekomenduję, aby pracować podejściem coachingowym.

7. RODZIC – DZIECKO

W pewnej klasie prowadzę od czasu do czasu zajęcia. Jest to klasa dość niesforna (ciężko poddająca się szkolnej tresurze😊). Zatem z nauczycielem wychowawcą tej klasy rozmawiamy o tym, jak sprawić, żeby klasa na zajęciach była spokojna, cichutka, potakiwała grzecznie głowami jeśli nauczyciel (czyli ja😊) coś mówi.

Dyskutując o różnych środkach, które do tego prowadzą, usłyszałem od tej nauczycielki zdanie: „wiesz, chcę te dzieci traktować, tak jak traktuję własne dzieci”. I to mi otworzyło oczy! Tak – o to chodzi!

Nauczycielu, traktuj ucznia w szkole, tak jak chciałbyś żeby Twoje dziecko było traktowane. Akceptuj bezwarunkowo jego osobę. Stawiaj granice, ale nie uciekaj się do przemocy, do krzyku. Okazuj zaufanie. Stwarzaj warunki do rozwoju. Dawaj wyzwania. Ale bądź blisko, kiedy sobie z nimi nie radzi. Okazuj wsparcie, kiedy tego potrzebuje.

Bądź po prostu człowiekiem.

Uczeń/uczennica na Ciebie patrzy i będzie kopiować to, co Ty sam robisz. Będziesz ich traktował normalnie, to on/ona będzie normalnie traktować Ciebie.

Mi się to przynajmniej sprawdza…

PODSUMOWANIE

A Wy jak myślicie?

Który opis relacji jest najbliższy rzeczywistości?

A który jest najbardziej pożądany?

A może macie w głowie jakiś inny rodzaj, nieopisany powyżej? Może czegoś nie uwzględniłem?

Dajcie znać, proszę, co o tym sądzicie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *